niedziela, 31 października 2010

DZIEŃ 52., Kierunek: Angkor Wat


28.10.2010, Siem Reap 

Wczoraj wieczór upłynął nam dość leniwie. Tyle było rzeczy, które trzeba było przemyśleć i je sobie jakoś w głowie poukładać… Happy Guesthouse to miejsce do tego idealne. Nad samym jeziorem, z wygodnymi fotelami i kanapami pod dachem ale z widokiem na świat. Półprzyćmione światła, woda dookoła, dobra muzyka, unoszący się w powietrzu zapach maryśki – to wszystko świadczy, że nie tylko ja wybrałam to miejsce na idealne do kontemplacji, choć ja akurat nie potrzebuję się przy tym niczym wspomagać. Wystarczy mi owocowy shake. 
Jeśli po takim dniu jak wczoraj mogę w ogóle napisać, że wieczór spędziłam miło – to owszem, napiszę:  wieczór spędziłam miło.

Dzisiaj natomiast nic specjalnego się nie działo. Wyruszyliśmy bowiem ponownie w podróż – do Siem Reap, ostatniego już naszego przystanku tu w Kambodży, ze słynnym na cały świat Angkor Watem. Zaraz po obejrzeniu Angkor Wat ruszamy do Tajlandii, pobyczyć się trochę na plażach.
Dziś Łukasz się trochę obraził i poboczył, bo nie zdążyliśmy obejrzeć Killing Fields. Miejsca, gdzie wywożone były ciała pomordowanych w czasie reżimu. Ja wczoraj zobaczyłam dość, więc wcale się nie zmartwiłam, gdy uświadomiliśmy sobie, że nie zdążymy. Łukasz natomiast bardzo. No trudno, bywa – wszystkiego się przecież zobaczyć nie da.
Strasznie nas natomiast zaskoczyła cena biletu – w pozytywnym sensie. Za bilet do Siem Reap, które jest prawie na drugim końcu kraju i dokąd jedzie się ponad 6 godzin, zapłaciliśmy po 3 dolary od łba! I to włącznie z zawiezieniem na dworzec. Niesamowite …

Podróż upłynęła miło i spokojnie. Mijaliśmy trochę bogatsze tereny, co w sumie zgadzało się z tym, co nam mówili nauczyciele u Samnanga, że najbiedniejsze są prowincja Takeo, w której byliśmy oraz Siem Reap, do której właśnie jedziemy. Zobaczymy …

Podróż fajnie, ale pierwsze wrażenie po wyjściu z autobusu było straszne. Zostaliśmy wręcz napadnięci przez tuktukarzy. Chwilami bałam się, że mnie pobiją jeśli nie zechcę wysłuchać ich wywodów o tym, że są jedynym uczciwym kierowcą w tym mieście, który dowiezie mnie tam gdzie chcę. Mały koszmarek. W końcu wyczailiśmy chłopaka, który miał reklamę guesthouse’u, do którego jechaliśmy i to do niego wsiedliśmy. Zawiózł nas tam, choć naprawdę było daleko, za darmo. Tzn. swoją zapłatę odebrał zapewne od właściciela hotelu (nie wiem jak im się to wszystkim opłaca, skoro za pokój z łazienką daliśmy 5 dolarów)
Miejsce tak ogólnie całkiem spoko, poza tym że widać że to mekka backpackersów, co dla mnie (o zgrozo) nie jest zaletą. Ale że byliśmy zmęczeni, bo ostatnie dni ciągle musieliśmy rano wstawać, poszliśmy szybciutko spać …

DZIEŃ 51., „To ludzie ludziom zgotowali ten los”

Phnom Penh, 27.10.2010

Dziś rano niestety ostatecznie pożegnaliśmy się z sierocińcem. Z dziećmi pożegnaliśmy się już wczoraj wieczorem, bo rano większość z nich była przecież w szkole. To one, a nie Samnang, były tu najważniejsze. Nie było w nich krzty fałszu czy wyuczenia. Bo ktoś mógłby sobie pomyśleć, że Samnang je doskonale wyszkolił. Nie, w to nigdy nie uwierzę. A Łukasz, który zimno i trzeźwo patrzy na sprawę, może potwierdzić. To są po prostu cudowne, biedne dzieciaki. Tak jak większość w okolicy. Przez ten tydzień odebraliśmy setki, albo i tysiące uśmiechów, pozdrowień, przyjaznych gestów – znaków werbalnych i niewerbalnych od mniejszych i większych mieszkańców okolicy. To było niesamowite. I na te tysiące przypadków zdarzyło się 2 razy, by ktoś nas o coś poprosił. Raz, podczas spaceru jedna starsza babcia napadła Łukasza, żeby dał jej pieniądze i mnie mały Rati męczył o buty.
2 przypadki na cały nasz pobyt. A jestem pewna, wręcz wiem, że większość tych ludzi naprawdę jest w potrzebie. 

To, czego tu doświadczyłam, co zobaczyłam, co poczułam i dzieci, które tu poznałam, na pewno zostaną we mnie na zawsze. To był jak do tej pory najpiękniejszy przystanek podczas tej podróży …
No właśnie, podróży – czas najwyższy wyruszyć dalej. Czas biegnie nieubłaganie, a my go za wiele podczas naszych wojaży nie mamy. 

Wsiedliśmy do busa do Phnom Penh razem z Samnangiem i doktorem Josephem. Ta podróż – to było coś niesamowitego. I bynajmniej nie chodzi mi tu o widoki, wypadki czy coś w tym rodzaju. Chodzi o rozmowę z Josephem. Przez te dwie godziny rozmawialiśmy o tylu rzeczach, tyle klapek mi spadło z oczu, tyle rzeczy się wyjaśniło, tyle wątpliwości, obrzydzenia i przerażenia się we mnie wzbudziło. Ja nie wiem, kim jest ten doktor, nie mam pojęcia. Opowiada tyle rzeczy i w te które dotyczą jego samego wierzyć nie musimy (to jest akurat najmniej istotne), ale to co opowiada o świecie jest prawdą – choć piszę to z wielkim smutkiem. 

Może najpierw kilka słów o doktorze – bez oceny czy to prawda czy nie.
Skończył medycynę, został chirurgiem plastycznym i „poprawiał” sporo hollywoodzkich gwiazdeczek. W wieku 39 lat rzucił to wszystko (sporo czynników), pozbył się swoich milionów i zaczął inne życie. Był np. przez 4 lata mnichem w Tajlandii. Doktor zna chyba co najmniej połowę światowych szych. Grywa w golfa z Tigerem Woodsem (w sumie miał w portfelu fotę z nim), Madonna chciała się z nim umówić, ale że nie zadzwoniła, tylko wysłała wiadomość, spławił ją. Jada lunche z Billem Gatesem, szefami ONZ i wielkich organizacji charytatywnych – ale to bardziej w sprawach pomocy. Lubi i kumpluje się z Angeliną Jolie, bo ta robi kawał dobrej roboty nie zważając na to, co inni o niej myślą. Acha, i jest specjalnym agentem Interpolu, bo za dużo węszy w różnego rodzaju miejscach więc już woleli mu dać swoją legitkę. 

Rzecz w tym, że Joseph trochę po świecie pojeździł i sporo rzeczy wie. Omawialiśmy więc z nim problemy nękające naszą cywilizację: AIDS skąd się wzięło i dlaczego jeszcze nie ma lekarstwa ? Co z globalnym ociepleniem ? Dlaczego dzieje się tyle złego i w ogóle…

Ale najbardziej dobił mnie, po raz kolejny, ten handel małymi dziewczynkami. Co najmniej 1200 małych dziewczynek jest każdego miesiąca sprzedawanych do burdeli tu w Kambodży. Jest to drugi, najbardziej dochodowy biznes na świecie. Kiedyś znana z tego była Tajlandia, teraz większość przesunęła się do Kambodży, bo tajlandzki król zabronił tego procederu w swoim kraju.
Tu w Kambodży nikt nie zabrania. Matki i babki sprzedają swoje małe córki i wnuczki – z biedy, by wyżywić resztę dzieci. Choć dla mnie, dla czegoś takiego nigdy nie będzie usprawiedliwienia …

Bieda, brak edukacji, olbrzymia korupcja panująca w tym kraju – czy gdyby ich nie było dałoby się tego uniknąć? 

Joseph był wczoraj wieczorem z Samnangiem na wycieczce po okolicy. Nie takiej zwykłej wycieczce, pojechali do rejonu z pięknymi domami, w których mieszkają dziesiątki dziewczynek. Zaledwie kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym teraz jesteśmy. Stoją przy drodze, z wyzywającym makijażem na twarzy. Dziewczynki, które wiedzą czym jest piekło, choć są jeszcze tu na ziemi. Te najmłodsze nie wychodzą na zewnątrz, Joseph mówi, że są trzymane z środku – w klatkach. 

A świat o tym milczy. Za wiele nie mówi, choć szczególnie w wyższych szeregach, nie jest to tajemnicą. Co więcej, wielu z tych panów, wysłanników organizacji dobroczynno-charytatywnych, chętnie korzysta z tego typu usług podczas swoich dobroczynnych delegacji. Może zbyt wielu, by choć próbować cokolwiek z tym zrobić?

A co mogę zrobić ja? Co możesz zrobić Ty? Świadomość – może choć ona będzie pierwszym krokiem …

Z głową przepełnioną myślami, prosto z dworca, jeszcze z bagażami, pojechaliśmy razem z Samnangiem i Jospehem do muzeum S-21. Jest to kilka budynków, które kiedyś służyły za szkołę podstawową i liceum. W 1975 roku, gdy Czerwoni Khmerzy przejęli władzę w kraju, zostało to miejsce przekształcone w piekło. Sale lekcyjne na sale tortur i cele o wymiarach 0,8 na 2 metry. Drążki do ćwiczeń gimnastycznych na wymyślne narzędzia do torturowania. Trafiali tam ludzie, którzy wg przywódcy-Pol Pota, mogli mu przeszkodzić w jego planach. Działacze opozycji, ludzie wykształceni, inżynierowie, dziennikarze, ludzie znający języki, wraz z całymi rodzinami.

Chodziłam po tych salach, gdzie niewiele ponad 30 lat temu ludzie przeżywali katusze. Ich twarze, w tak wielu przypadkach twarze dzieci, patrzyły na mnie z dziesiątek fotografii. W niektórych oczach widać było rozpacz, smutną rezygnację, w innych zaciętość i ducha walki. Ale walka to złe słowo. Z tego miejsca nikt nie wychodził żywy. I chyba nie było człowieka, którego kilkumiesięczne, najokrutniejsze i najbardziej wymyślne tortury nie zmusiłyby do mówienia. Widziałam fotografie tych ludzi już po torturach, gdy wreszcie byli wolni, nareszcie umarli i mogli spocząć na stercie innych ciał. Po tym co zobaczyłam, komory gazowe wydały mi się wręcz humanitarnym sposobem uśmiercania… 

Dlaczego świat milczał? Dlaczego 30 lat temu, gdy już wiedzieliśmy jaką traumę pozostawiła po sobie druga wojna światowa, świat biernie obserwował z boku to, co się dzieje w Kambodży? Zwykli ludzie pewnie nie, ale ci, którzy mogli coś zrobić  (oczywiście gdyby im się to opłacało) na pewno doskonale wiedzieli co się tam dzieje.

I dlaczego znaleźli się ludzie, którzy tak jak 40 lat temu za Hitlerem, stanęli za Pol Potem i uwierzyli w jego chorą wizję świata?  

Tego się nie da opisać. Ale oglądanie tego i przeżywanie tego boli tak bardzo, że nie wiem czy odważyłabym się pójść do tego miejsca jeszcze raz. Patrzyłam w ich oczy i byłam w stanie pomyśleć tylko: tak bardzo, bardzo mi przykro, że urodziliście się właśnie wtedy … Ale w momencie gdy tak mówiłam do siebie w myślach, pojawiła się błyskawicznie inna myśl: a może tak naprawdę macie szczęście ? Wtedy wasze tortury trwały kilka miesięcy, a tortury małych kambodżańskich dziewczynek trwają dzisiaj wiele lat. Dopóki nie umrą na AIDS, co pewnie też jest dla nich swego rodzaju wybawieniem …

Taki jest nasz świat. Ludzie czynią zło, wymyślając tylko coraz to nowe i bardziej wymyślne sposoby znęcania się nad drugim człowiekiem. Mijają setki, tysiące lat, a my wciąż powtarzamy te same błędy, nic się na nich nie ucząc. Joseph powiedział dzisiaj, że ludzie nie zasłużyli na to, żeby przetrwać. Jesteśmy najgłupsi i najokrutniejsi ze wszystkich istot żyjących na ziemi. Że najlepsze co się może dla naszej planety ziemi stać, to żeby nasz gatunek jak najszybciej wyginął, zniknął z jej powierzchni. Że gdyby istniała możliwość zabicia wszystkich ludzi, to on pierwszy nacisnąłby guzik.
Rozumiem go. I choć ja bym tego guzika nie nacisnęła, bo mimo wszystko wciąż się łudzę, że da się choć niektóre rzeczy naprawić, to wiem, że my ludzie, na to zasłużyliśmy …

I po tym wszystkim wsiądę w autobus, pojadę i dalej się będę zachwycała pięknem tego świata… I to mnie również przeraża.

DZIEŃ 50., Show w szkole i akcji ciąg dalszy

Saiva, 26.10.2010

Dziś rano zostaliśmy brutalnie zbudzeni okrzykami: Szybko, jedziemy do
szkoły rozdawać zeszyty i długopisy. Samnang o tym wczoraj wspominał, ale
zapomniał dodać o której i że my też mamy wziąć w tym udział.

Wspominał przy okazji tego, że chciał byśmy się z nim złożyli na 750
zeszytów i długopisów dla dzieci ze szkoły podstawowej, z którą
współpracuje. Nie wiedzieliśmy co powiedzieć, bo przecież nie chcieliśmy go
wspomagać finansowo, poza tym wpadliśmy na pomysł jak spożytkować nasze
fundusze. Wzięliśmy go więc na przeczekanie, nie mówiąc ani tak ani nie.
Pomysł był na pewno bardzo zacny, ale to wszystko jakoś tak nie do końca
wyglądało tak, jak powinno.
Mike i Marcel, bo dziewczyny poszły do miasta na śniadanie, stwierdzili że
na żadne show do szkoły nie jadą, ale jakoś szybko dali się przekonać. My
też więc się zabraliśmy, chyba bardziej z ciekawości.
Na miejscu okazało się, że jest prasa, telewizja. Samnang nagłośnił sprawę
rozdawania 750 zeszytów i ołówków, wartości kilkudziesięciu dolarów. Byłabym
zapomniała - dawał jeszcze po 5 dolarów każdemu nauczycielowi, dziwnym
trafem w banknotach 20-groszowych. Każdy nauczyciel dostał więc gruby zwitek
banknotów, który doskonale prezentował się przed kamerami.

Chodziliśmy tak od klasy do klasy i rozdawaliśmy zeszyty i długopisy. Potem
była konferencja prasowa. Nas, białych, reprezentował doktor Joseph (który
wciąż pozostaje wielką zagadką), pięknie opowiadał do kamery o potrzebach
miejscowych dzieci, wspominał o dziewczynkach wykorzystywanych seksualnie.
Całe szczęście, że mnie nikt nie pytał o zdanie, bo nie wiem czy bym
wytrzymała . Z tego wszystkiego miało też powstać DVD, materiał promocyjny
dla Samnanga .

To wszystko było tak medialne, że aż nam się zrobiło niedobrze. A największe
zdziwienie i niechęć wzbudzili w nas Mike i Marcel. Nie dali Samnangowi
grosza, prawie nic dzieciom nie kupili, obgadywali Samnaga ile wlezie, a
teraz widać doskonale się bawili w rolach cudownie hojnych białasów i
nakręcali show.
My staliśmy z boku i chwilami ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Nie
wiedziałam, czy to tylko ja nie odrobiłam zadania domowego i nie nauczyłam
się na pamięć mojej roli ? Czy dzieci miały nam przez godzinę dziękować i
odprawiać modły za głupi zeszyt i długopis ???

Nie wiem co siedzi w głowie Samnaga. Ale to mi wyglądało na kampanię
wyborczą. To wesele ostatnio - zaczęło do nas docierać, że może ona nie
zabrał nas na to wesele dla nas, ale dla siebie ? Dziesiątki ludzi zobaczyli
go przecież z jego białymi przyjaciółmi. A kolor naszej skóry i zawartość
portfela (albo raczej ich domysły o tej zawartości) jednak wciąż robią tu na
ludziach wrażenie. Dzisiaj to samo: 750 dzieci wróci do swych domów i powie
rodzicom, że był taki miły pan Samnang z bandą jeszcze bardziej miłych
białych i dali im zeszyty i ołówki. Zupełnie za darmo ! Pewnie większość z
nich zagłosowałaby na niego w następnych wyborach.

A wiem, że Samnang współpracuje z wieloma szkołami w całej prowincji i
wszędzie co kilka miesięcy robi takie akcje.

Oczywiście możliwe jest, że jednak robi to po prostu z dobroci serca. A ten
dzisiejszy szum medialny to po to, by nadać rozgłosu akcji i zdobyć więcej
funduszy dla dzieci. Jest to bardzo możliwe - ja jednak nie podejmę się
oceny.

My mieliśmy już nasz własny pomysł i nie musieliśmy zdawać się na Samnanga
;) Wczorajszy dzień spodobał nam się tak bardzo, że postanowiliśmy nie
wyjeżdżać jeszcze dzisiaj i zrobić poprawkę wczorajszej akcji. Zostały nam
przecież zeszyty, ołówki i mydła. Poza tym tak jak napisałam: dawanie
sprawia tyle radości .

I znów spędziliśmy kilka godzin włócząc się po miasteczku w poszukiwaniu
najtańszych produktów... Dokupiliśmy 100 zeszytów, długopisów i mydeł, a
dodatkowo jeszcze ponad 200 mleczek sojowych w kartoniku. Nauczeni na
błędach, wiedzieliśmy jak to zrobić żeby w miarę sprawnie poszło. Nim
pojechaliśmy na teren pagody zapakowaliśmy wszystko, jeszcze w sierocińcu.
Dzieci jak zwykle nam pomagały, one są niesamowite. Pół godzinki takiej
wspólnej, kolektywnej pracy i mieliśmy gotowych 200 paczuszek, a w każdej:
zeszyt, ołówek, mydło, mleko. Wielką bandą ruszyliśmy do pagody, dzieci na
rowerach, niektóre pieszo, my z nauczycielami na skuterach. Paczuszki były w
6 wielkich worach, przewiozły to tak naprawdę głównie dzieci na rowerach.

Dzisiaj już wszystko przebiegło bezproblemowo, staliśmy się prawie
"profesjonalistami" ;) Stanęliśmy w bramie, wystarczyło 10 minut by kolejka
była dłuuuuga i nie mogliśmy czekać dłużej, bo stałaby się za długa.
Dziesiątki, a właściwie setki dzieci, podchodziły jedno po drugim. Niektóre
malutkie, że ledwo dawały radę chodzić, inne starsze. Były dzieci w
łachmanach, było trochę golasków. Jedne dziękowały z wdzięcznością, inne o
tym zapominały. Nie wdzięczności jednak oczekiwaliśmy, ale uśmiechu na ich
buźkach. Wymuszonych podziękowań nasłuchałam się dzisiaj dość w szkole.

Niestety, w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że paczek jednak nie
starczy. Ostatnie 80 dzieci dostało więc po jednej rzeczy: albo mydło, albo
zeszyt z ołówkiem, a dla najmłodszych mleczko.
Ale znów się udało: nikt nie odszedł z pustymi rękami ;) A poszło nam to
zadziwiająco szybko i sprawnie. Pół godzinki i było po akcji. Jak szybki się
pojawiliśmy tak szybko wsiedliśmy na skutery i odjechaliśmy. Szczęśliwi i
zadowoleni. To było piękne pożegnanie z miejscowymi mieszkańcami .

Łukasz:

Dzisiejszy poranny show medialny kojarzył mi się z jakąś kampanią wyborczą.
Samnang kupił zeszycików za kilkadziesiąt dolców zawezwał wszelkie
kambodżańskie media i zrobił z siebie matkę Teresę a cała akcja to pewnie
wydarzenie dnia w całym kraju. Zatrudnił jeszcze swoje białe małpiszony do
rozdawania i uśmiechania się do kamer. My staraliśmy się stać na uboczu i
nie tańczyć przed kamerami jak nam zagra, ale nasi znajomi tak się
zachłysnęli swoją rolą szlachetnych darczyńców (de facto nie dali nawet
dolara),że zaskoczyli chyba nawet Samnanga.

Ogólnie była to żenada straszna i wszystko opierało się na ładnym pozowaniu
do kamer. A my mieliśmy być tu gwiazdami. Z jakiego kraju jesteś? Germany,
pada odpowiedź i setki dzieciaków klaszczą i piszczą jak gdyby Marsel
powiedział, że dziś nie będzie lekcji. To nie było rozdawanie zeszytów tylko
kręcenie reklamy. Tylko nie do końca wiem czego (kogo).

W dodatku obecność całego tego doktorka dodaje wszystkiemu zupełnie
odjechany klimat. Ten facet i jego konszachty z Samnangiem to kolejny
potężny znak zapytania. Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w totalnie zapadłej
Kambodżańskiej dziurze i na materacyku obok zadomawia się japoński doktor,
który wygląda mniej japońsko niż ja. Opowiada o tym, że jest
przedstawicielem Billa Gatesa i ONZ na Azję (powiem szczerze, że gdy to
mówił przed kamerami byłem pewny, że zaraz powie, że jest przedstawicielem
kosmitów na Układ Słoneczny) i jutro w Phnom Penh ma spotkanie z Tomem
Hanksem, bo ten akurat jest w Kambodży. Nie podejmuję się jakiejkolwiek
oceny tego gościa, po prostu kładzie mnie na łopatki. Ale kambodżańscy
dziennikarze byli bardzo podjarani. Facet jest mistrzem w kreowaniu swojego
wizerunku i manipulowaniu ludźmi.

A wieczorem odbyła się nasza kolejna eskapada do bambusowych slumsów. Bez
błysku fleszy i rozglądania się za kamerami, ale za to dość skutecznie i
sprawnie zmieniło właścicieli trochę makulatury i mleka.

wtorek, 26 października 2010

DZIEŃ 49., Akcja ryż

Saiva, 25.10.2010

Dziś rano zdecydowaliśmy, że pora opuścić to miejsce. Z bólem serca, ale tak
chyba trzeba zrobić, bo wszystko staje się zbyt psychodeliczne - to
wczorajsze wesele, to że wydaje nam się co nam się wydaje .

Ale nim to nastąpi trzeba zrobić to, co sobie zaplanowaliśmy . Od rana więc
chodziliśmy po wiosce, targowaliśmy się, szukaliśmy najlepszych produktów i
ostatecznie kupiliśmy 4 wory ryżu (200kg), 100 mydeł, 100 zeszytów i
ołówków, ponad 100 bananów i 20 proszków do prania. Chcieliśmy rozdać to
biednym dzieciom z wioski.
Poprosiliśmy o pomoc nauczycieli-wolontariuszy od nas no i oczywiście
naszych małych przyjaciół, których pomoc tak naprawdę okazała się
nieoceniona. Pojechaliśmy na miejsce-wybraliśmy pagodę, to miejsce budowy,
gdzie na sobotnim spacerze zobaczyliśmy tyle miejscowych dzieci.

Nie da się tego wszystkiego opisać, to było istne szaleństwo. Pamiętam
obrazy, zupełnie jakbym oglądała to wszystko na filmie, a nie sama
przeżywała: wory ryżu, z których po jednym garnuszku przesypywaliśmy do
małych reklamówek. Nie wiem ile mogło go być - pół kilo, najwyżej kilogram,
napełnialiśmy woreczki jak szaleni. Rzędy dzieci ustawionych w kolejce po
ryż, ich matek, które je do tej kolejki wpychały. Płacz i wrzaski
najmłodszych dzieci przeplatały się z radosnym śmiechem i oczekiwaniem.
Wszystko się chwilami wymykało spod kontroli. Niektóre dzieci przychodziły
po 2 razy, wpychały się w kolejkę, inne grzecznie czekały. Do tego
wszystkiego zaszło słońce i zrobiło się zupełnie ciemno. W końcu jakoś
wypracowaliśmy system, jeden rząd, te dzieci które dostały miały wychodzić
przez bramę i iść do domu. Tak się nie zawsze działo, ale tym razem szło w
miarę sprawnie. I tylko modlenie się by ryżu starczyło dla wszystkich.

Zabrakło niewiele, tylko dla 11 dzieci! One dostały zamiast tego po mydełku
i zeszycie. Przez te 2 godziny chyba najcięższej pracy, jaką w życiu
wykonywałam, zebrało się w nas tyle emocji. Byliśmy wykończeni, ale tak
naładowani niesamowitą, pozytywną energią. Nie wiem jak mam to opisać - ale
było to piękne uczucie. W ogóle, jeśli mam być szczera to takie typu akcje
to swego rodzaju egoizm, dają bowiem człowiekowi tyle radości, że aż nie
wiem kto tak naprawdę zyskuje bardziej .

Zresztą nie tylko my byliśmy szczęśliwi, jeden z nauczycieli-wolontariuszy
stwierdził, że był to jeden z najpiękniejszych dni w jego życiu. Jak widział
tych ludzi takich szczęśliwych jak odchodzili ze swoim woreczkiem ryżu . I
nasze dzieciaczki z sierocińca były takie dumne, takie przejęte rolą, tak
bardzo nam pomagały.

Wróciliśmy do sierocińca wypompowani, zeszyty, ołówki, mydła proszki do
prania wróciły z nami - nie sposób było je dzisiaj w miarę sprawiedliwie
rozdać. W sierocińcu daliśmy naszym dzieciom po zestawie: zeszyt, ołówek,
mydło i proszek. Największą radość sprawiło im mydło - kostka zwykłego mydła
- prawie skakały pod sufit ze szczęścia.

W ramach podziękowania zabraliśmy nauczycieli-wolontariuszy na piwo do
naszej restauracji. Mimo że od śniadania nic nie jedliśmy, żadne z nas nie
mogło nic przełknąć. Za dużo emocji. Ale piwko wszyscy sobie wypiliśmy ;)
W ogóle mieliśmy wieczór barowy, bo potem poszliśmy jeszcze na pożegnalny
wieczór Hanny, Katt, Mike'a i Marcela, bo oni już jutro wyjeżdżają.
Początkowo też chcieliśmy tak zrobić, ale zostaniemy jeszcze jeden dzień
dłużej - mamy jeszcze trochę rzeczy do rozdania! Nawet miło się z nimi w ten
ostatni wieczór rozmawiało. Oczywiście przez większość czasu rozmowa
dotyczyła Samnanga, Josepha i naszego zdania na temat tego wszystkiego . Ale
tego było za dużo, by o tym pisać ;)
Ech, po tym wszystkim dobrze było w końcu zasnąć na naszym materacyku, w
otoczeniu szczurów, myszy, pcheł i komarów.

Łukasz:

Ironia losu sprawiła, że dzisiejszego dnia najczarniejszy z czarnych
charakterów stał się Świętym Mikołajem. Tak tak niedowiarki, Łukaszek na
poważnie zabrał się za charity. I nie jakieś tam ściemy, tylko wersja hard,
czyli desant w kambodżańskie slumsy ze stertą żarcia. No, ale po kolei.

Jako, że jedynym środkiem transportu są tu skutery, musieliśmy wszystko
transportować na raty. Dziwnym trafem ustalone zostało, że na rewir najpierw
zawiezie się Łukasza z pierwszą porcją ryżu a potem po kolei będzie się
dowozić kolejne worki. Świetny plan, nikt tylko nie przewidział małego
szczegółu. Biały facet z wielkimi worami ryżu wzbudza w tej dzielnicy spore
zainteresowanie. Tym bardziej, że po tych ludziach naprawdę widać, że są
niedożywieni. W ciągu pięciu minut było wokół mnie jakieś sto osób i jakoś
tak ciężko mi było im wytłumaczyć, że z tym ryżykiem to spokojnie, mamy czas
i w ogóle to go wam nie dam bo to tylko dla dzieci. Ujmując to fachowo, nie
byłem pewny, czy to wszystko nie zamieni się za chwilę w brutalne wyrywnie
sobie łupów i smaczną kolacyjkę z mięsną wkładką w mojej osobie. Udało mi
się przetarabanić kawałek na teren pagody, uznałem, że w świętym miejscu
będą może trochę bardziej potulni i chyba miałem rację. Z czasem zjechała
się reszta gawiedzi i jakoś to poszło.

Ja oczywiście zostałem Złym Świętym Mikołajem, czyli próbowałem opanować
tłum wdzierający się od "zaplecza" i spryciarzy wchodzących bez kolejki. W
związku z tym, zostałem najbardziej polubiony przez miejscową ludność i
usłyszałem wiele ciepłych słów uznania i wdzięczności, dzięki którym to
człowiek podobno czuje, że to wszystko ma sens.
Powiem nieskromnie, że misja "ryżowe żniwa" zakończyła się fenomenalnym
sukcesem. Nie zdziwię się, jak będą w tej wiosce obchodzić jej kolejne
rocznice, bo dla tych ludzi to była naprawdę duża rzecz. Przewinęła się
ogromna ilość ludzi i czuło się niezwykłość chwili.

Muszę też uczciwie przyznać, że jak do tej pory zachowanie miejscowych jest
bardzo spoko. Biorąc pod uwagę ich warunki bytowe i położenie życiowe, to
wręcz przykładne. Nasłuchałem się tych historii o linczach na turystach,
które miały w Kambodży miejsce. W dodatku zupełnie nienękani przez wymiar
sprawiedliwości byli Czerwoni Khmerzy wciąż chodzą po ulicach. To ludzie,
którzy mają na rękach krew i ponoć wciąż potrafią "pokazać rogi", a dla
wielu z nich tutaj temat wojny nie jest w cale zamknięty. Tymczasem, jak do
tej pory, te gadki z turystycznych przewodników zupełnie się nie
potwierdzają. Kambodża to kraj zarąbiastych ludzi!

DZIEŃ 48., Plastelina, kambodżańskie wesele i przerażające opowieści.

Saiva, 24.10.2010

Dziś od rana zaatakowały nas te same myśli co wczoraj wieczorem. Łukasz
wstał wcześniej i przeszukał Internet wzdłuż i wszerz szukając informacji,
choć to samo zrobiliśmy już wczoraj. Pozostało to samo pytanie: co robić ?
Czy nadal brać w tym udział ?

Dzieci były kochane, jak zawsze. Nawet siedząc i nie ruszając się z miejsca
umieraliśmy z gorąca, a one prześcigiwały się w wachlowaniu nas, ściskaniu i
całowaniu. Częstowały nas wszystkim co miały, Bon Tien miał jednego
cukierka, to chciał go oddać mi, Rim dostał od kogoś kawałek trzciny
cukrowej i również przymuszał mnie do jedzenia. Cokolwiek mają, chcą się tym
z nami podzielić - i tak jest od początku pobytu tutaj .
Wyjęłam plastelinę. To było coś nowego - dzieci chciały jeść, wąchały, ale
ogólnie lepienie z plasteliny bardzo im się spodobało ! Coś nowego, coś
innego - a to przecież taki drobiazg .

Po południu wrócili Hanna, Katt, Mike i Marcel, a z nimi Samnang z doktorem
Josephem. No właśnie - kim jest ten cały japoński doktor Joseph ? Pojawił
się nie wiadomo do końca skąd i po co. Ma niby wiele sierocińców w różnych
krajach, mieszka na Tajwanie i Samnang chce się od niego uczyć jak prowadzić
tego typu placówki.
Joseph jest totalnie dziwny, chwilami chamski i grubiański, wczoraj
wieczorem gdy go poznaliśmy średnio miło nas potraktował. Nie wiemy choroba
co o nim myśleć. No ale mieliśmy okazję poznać go trochę bliżej, bo Samnang
zabrał nas, wszystkich białasów, na wesele. Takie mi się to wszystko wydało
dziwaczne - na jakie wesele ? Czemu jedziemy na wesele do kogoś, kogo nie
znamy, ba, potem się okazało że nawet Samnang nie zna, bo było to wesele
dalekich znajomych jakichś kobiet, które z nim współpracują.
Najpierw zostaliśmy zawiezieni do ładnego domu tych właśnie kobiet - suto
zastawiony stół, owoce, piwa, obiad. Bardzo fajnie, bardzo miło, ale
dlaczego to my się mieliśmy najadać, a nie dzieci, które zostały w
"sierocińcu" ?

Potem pojechaliśmy w końcu na wesele - bardzo małe i skromne, bo było tylko
kilkadziesiąt osób, a w Kambodży zdarza się że liczba gości dochodzi do
2000. Nie miało to za wiele wspólnego z europejskim weselem, ludzie byli
normalnie ubrani (choć jest jeszcze możliwe, że były to po prostu ich
najelegantsze ciuchy), nie było nic do jedzenia, ani nic do picia, ale
istniała możliwość zakupu u przydrożnych handlarzy, którzy zjechali tu z
okolicznych miejscowości. Taka widocznie tradycja. Para młoda zamiast zejść
na dół, siedziała na górze ze starszyzną i przez kilka godzin odprawiała
modły. Weszliśmy tam do nich na górę, panna młoda była ładna i fajnie
ubrana, ale . nie zazdrościłam jej takiego wesela.
Na dole siedzieliśmy i wzrok większości gości skierowany był na nas -
czuliśmy się trochę jak małpy w cyrku . Potem potańczyliśmy, chodząc dookoła
i naśladując miejscowych. To było akurat naprawdę fajne.

W ogóle bardzo się cieszę, że mogliśmy być na kambodżańskim weselu - jednak
nie do końca rozumieliśmy, dlaczego tam jesteśmy. Czy to była jedna z
atrakcji dla wolontariuszy przygotowana przez Samnanga (co byśmy, wdzięczni
i szczęśliwi, sypnęli mu więcej dolarów) ? Do tego miejsca był kawałek,
Samnang wynajmował taksówkę, żeby nas tam zabrać. Wszystko fajnie, tylko po
co ?

Drogę powrotną mieliśmy dość hardcorową. Przez niektóre odcinki, w normalnej
osobowej toyocie było nas 12 osób (4 siedziały w otwartym bagażniku) Już się
tu nauczyliśmy - w Azji nic nie jest niemożliwe.
W drodze powrotnej zostaliśmy uraczeni kilkoma historyjkami doktora
Josepha. O ile on w ogóle jest doktorem, bo coś mamy podejrzenia . Jego
historie są tak przerażające, że boli mnie gdy sobie w ogóle o tym pomyślę.
I choć Josepha nie lubię i mu na razie kompletnie nie ufam, to wydaje mi
się, że to co mówił jest prawdą...

Napiszę więc, bo o takich rzeczach powinno się wiedzieć, mówić i, mój Boże,
jakoś walczyć! Wrażliwi, dzieci i ci którzy mają dobry humor i nie chcą go
sobie zepsuć, proszę pominąć resztę.

W azjatyckich krajach, takich jak np. Tajlandia, Laos czy Kambodża wielu
ludzi jest biednych. Tak biednych, że rodzice, by wyżywić resztę dzieci,
sprzedają swoje małe córeczki do burdeli. 4,5 - latki. Jest wielu skur... ,
którzy za rozdziewiczenie tych maleństw słono płacą. Dziewczynki są po
pierwszym razie zszywane i sprzedawane jako dziewice po raz drugi. Potem
obsługują od 20 do 50 klientów dziennie. Dożywają zwykle nie więcej niż 14,
15 lat, bo umierają na AIDS. Taki los spotyka tysiące dzieci, również tu w
Kambodży. Jak twierdzi Joseph, 90% klientów nawet nie jest pedofilami, to
głównie Chińczycy, Kambodżanie, trochę białych - bogaci chińscy biznesmeni
wierzą, że sex z dzieckiem przyniesie im korzyści w interesach.

Usłyszeliśmy również o baby-soup, serwowanej w specjalnych restauracjach w
Chinach. Jak wiadomo, w Chinach można mieć jedno dziecko - wszyscy marzą o
chłopcu, kobiety które oczekują dziewczynki decydują się więc na aborcję.
Czemu by na takiej niechcianej ciąży przy okazji nie zarobić ? Z martwych
płodów małych dziewczynek robiona jest zupa - kolejny ekskluzywny kąsek dla
chińskich biznesmenów.

To jest tak przerażające, że wolałabym wierzyć, że jest fikcją, wymysłem
chorej wyobraźni doktora Josepha. Niestety, w to akurat wierzę.
I nie napiszę nic więcej .

Łukasz:

Niezależnie od wszelkich intencji Samnanga pobyt w tym "sierocińcu" ma
niesamowitą magię i, o ironio, daje nam możliwość obcowania z prawdziwą i
nieskażoną turystycznie Kambodżą.


Co do wesela moi mili, to jednak nie ma to jak polska potańcówa przy disco
polo. Impreza w remizie jednak ma trochę więcej wigoru niż buddyjskie,
czterodniowe weselicho. I choć dancefloor był nasz przez trzy godziny, nie
doczekaliśmy się pary młodej, bo ciągle odprawiali swoje modły i zmieniali
kiecki. Mimo wszystko jestem zachwycony. Po pierwsze każdego travelersa mogę
zakasować tekstem: ale była biba na kambodżańskim weselu, a po drugie to
klimatu tej imprezki nie zapomnę chyba do końca życia. Cała wiocha giba się
w rytmie ichnich skowytów, para młoda na pięterku, razem ze starszyzną ,w
kuckach od dwóch dni spowiada paciorki (jako białasów dopuszczono nas do
nawiedzenia bambusowych komnat). Byliśmy prawdziwymi białymi gwiazdami (lub
jak kto woli małpami), każdy wujaszek chciał nas poznać, uściskać i
oczywiście zatańczyć. 


Ale było też drugie dno, za powierzchownymi uśmiechami kryła się napięta
sytuacja na linii my- Samnang. Nie wiedzieliśmy w ogóle czemu tu jesteśmy,
kim dla Samnanga są ci wszyscy ludzie. Byliśmy na środku jakiegoś
całkowitego odludzia wśród niekończących się bagien, a kilku wujaszków miało
przy sobie odświętne kałachy (chyba zamiast garniturów). Wtajemniczeni
wiedzą, że picie z Azjatami to sport dość ryzykowny, szczególnie gdy są
jakieś kwasy. A ryżowa wódeczka uderza do głowy. I czasem dopadała mnie
myśl, że gdyby jakiś wujaszek zaszalał z ułańską fantazją, to mimo, że na
imprezie było pewnie ze sto osób, wszystko zostałoby w rodzinie.

niedziela, 24 października 2010

DZIEŃ 47., Prawdziwa Kambodża i ... czy dochodzimy do prawdy?

Saiva, 23.10.2010
Dzisiaj, o zgrozo, wstaliśmy dopiero o 10! Nie wiem, naprawdę nie wiem co
się tu z nami dzieje ;) Śpimy jak susły i choć codziennie rano budzimy się
po kilka razy (choć dzieci i tak starają się być cicho), to potem znowu
zasypiamy.

Dziś jest sobota, czyli dzieci mają wolne. Trzeba to jakoś wykorzystać !
Zapytaliśmy nauczyciela (bo Samnanga oczywiście jak zwykle nie ma) czy
możemy dzieci wziąć na spacer po okolicy. Nie było problemu, nauczyciel
zapytał dzieci czy mają ochotę i wtedy usłyszeliśmy dziki okrzyk radości.
Tak bardzo się cieszyły, a przecież to najzwyklejszy w świecie spacer .
Ekipa białych wybierała się do Phnom Penh, więc do nas nie dołączyli,
poszliśmy więc sami we dwójkę z 18 naszych małych przyjaciół. Na początku
chcieliśmy zachować porządek i dyscyplinę, że idziemy w rządku, trójeczkami,
ale szybko nam to przestało wychodzić ;) Ale dzieci są na tyle grzeczne, że
taka sztuczna musztra była w ich wypadku zbyteczna.

W zasadzie można by powiedzieć, że to my szliśmy na spacer z nimi, a nie one
z nami, bo prowadziły nas do najfajniejszych miejsc w okolicy - widać, że
znają ją jak własną kieszeń. Pierwszym przystankiem była pagoda - czyli ich
miejscowa świątynia buddyjska. Kilka fotek i dzieci popędziły dalej, a my
nie mieliśmy nawet czasu na podziwianie miejscowej dumy architektonicznej ;)
Kolejnym przystankiem był taki ala plac budowy. Pracowała tam koparka, a
wokół niej zgromadzone były dziesiątki miejscowych dzieciaczków. Najczęściej
bosonogich i półnagich. Niektóre z nich bawiły się ... ludzką czaszką.
Przerażający widok.

Przeliczaliśmy nasze dzieci co kilka minut i w pewnej chwili zorientowaliśmy
się, że jednego nam brakuje - małego Ratiego. Dzieci wyjaśniły nam, że
poszedł do domu. Myśleliśmy, że do sierocińca, ale pobiegł w zupełnie innym
kierunku. Pobiegł do domu - do swego prawdziwego domu. Wysłaliśmy Sraj Tu,
żeby za nim pobiegła i spróbowała do nas przyprowadzić. Chwilę potem
przyszli razem, mały Rati cały zapłakany, cały czas się wyrywał, nie chciał
z nikim rozmawiać. Nie do końca rozumieliśmy co się dzieje i o co chodzi.
Stwierdziliśmy więc, że całą grupą pójdziemy do jego domu. Nie był daleko,
taka prosta uboga chatka bambusowa - jak większość w okolicy. Mały Rati
zamknął się od wewnątrz na kłódkę i żadne prośby nie zdołały go przekonać,
by dalej poszedł z nami.
Dzieci natomiast podchwyciły - skoro odwiedziliśmy Ratiego to musimy
odwiedzić i inne domy. Co na szczęście nie było zbyt trudne, bo prawie
wszystkie dzieci mieszkają tu w okolicy, a domy są bardzo blisko siebie.
Nie tak jak w Zambii, gdzie małe wioski rozciągają się na przestrzeni wielu
kilometrów, bo każda chatka, ma zaraz przy sobie poletko do uprawy kukurydzy
i warzyw. Tutaj ryż uprawiają na polach oddalonych od domu, jedynie ci
którzy mają jakieś warzywa, hodują je w przydomowych ogródkach.

Odwiedziliśmy domy co najmniej 12 dzieci - to była naprawdę niezwykła
wycieczka. Wszędzie bieda, że aż piszczy. Bambusowe chatki na palach, co
akurat jest fajnym sposobem na budowanie, bo pod spodem jest cień i tam
właśnie ludzie przesiadują większość dnia. Niektóre nasze dzieciaczki miały
oboje rodziców, niektóre tylko dziadków, albo jednego z rodziców. Niektóre
stare babinki były naprawdę niezwykłe, a te z krwawiącymi dziąsłami wręcz
przerażające.
W każdym jednym domu musieliśmy usiąść, tak chyba nakazuje tradycja, bo
nalegali. Robiliśmy dzieciom zdjęcia z ich rodzinami. Byliśmy w samym środku
prawdziwej Kambodży. Było niesamowicie - ale nie umiem tego opisać ... (w
ogóle przez kilka ostatnich dni mam straszne problemy z przelewaniem swoich
myśli i odczuć na elektroniczny papier)

Spacerowaliśmy tak po okolicy, gdzie bieda mieszała się z pięknem. Potem w
wyniku małego nieporozumienia dołączył do nas jeden z nauczycieli (pojechali
po niego jako tłumacza, bo zastanawialiśmy się nad kupnem ręcznie tkanego
materiału, z czego ostatecznie nic nie wyszło)i ruszyliśmy powoli w drogę
powrotną.

Dzieci były tak kochane, że aż trudno to opisać. Zresztą są takie cały czas.
Wachlowały mnie, zrywały kwiatki i wpinały we włosy, zrywały specjalnie dla
mnie jakieś niedojrzałe owoce i warzywa i musiałam udawać, że bardzo mi
smakują, przytulały mnie, obejmowały i całowały po prostu non stop. Całą
drogę pokonywałam w objęciu jakichś małych przystojniaków. Nawet Łukasz,
który zwykle jest takim twardzielem, chodził z bananem na twarzy w otoczeniu
grupki dzieciaczków.

To była niesamowita wycieczka, wracaliśmy wykończeni, cali mokrzy i
oblepieni kurzem, ale szczęśliwi. To był chyba pierwszy raz od początku
naszej wycieczki, gdy dotarliśmy do samego serca jakiegoś kraju - do jego
prawdziwych, najbiedniejszych mieszkańców.

Głodni jak wilki, choć w zasadzie jeszcze bardziej spragnieni poszliśmy do
naszego baru. To też jest jeden z uroków bycia tutaj - mamy takie swoje
miejsce, do którego ciągle chodzimy, gdzie nie ma menu, a my idziemy na
obskurną kuchnię i palcami pokazujemy co chcemy jeść. Ma to swój urok.

Wieczorem czekała nas jeszcze jedna atrakcja - poszliśmy do pagody, gdzie
akurat odbywała się jakaś wielka impreza. Nie wiem dokładnie o jakim
charakterze, ale wiem, że odbywa się raz do roku. Zjechało się mnóstwo ludzi
- pewnie z wszystkich okolicznych wiosek. Były jakieś małe kramiki z
jedzeniem i piciem, ale tak naprawdę największą, niekwestionowaną atrakcją
był wielki projektor, na którym wyświetlany był film. Takie po prostu kino
pod gwiazdami. Leciał akurat film o dwójce małych dzieci, ich niesamowitych
słoniach i bandzie handlarzy narkotykami. Kambodżańskiego nie rozumiem ani
trochę, ale w film się niesamowicie wciągnęłam. Bardzo mi się podobał - no
może poza tymi brutalnymi momentami, gdzie np. słonik, który przez przypadek
zjadł kiść bananów z koką wpadł w szał i swymi drobnymi stópkami zadeptał
młodego złodzieja skuterów. Potem niestety ten sam słonik został brutalnie
zastrzelony przez handlarzy ... Poza tym film bardzo fajny ;)

Gdy się skończył puścili następny, dzieci oczywiście kontynuowały oglądanie,
my położyliśmy się kawałek dalej na trawie, patrzyliśmy w gwiazdy i
zaczęliśmy podsumowywać dzisiejszy dzień ...

I nagle tak wszystkie małe puzzle, których od początku przyjazdu nie
umieliśmy przypasować, zaczęły się układać w jedną logiczną całość .
I znowu - jak to opisać ? Może zacznę od końca, czyli wniosku jaki sam się
nasunął po znalezieniu odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania. Od razu
jednak zaznaczę, że są to nasze przemyślenia, niepotwierdzone domysły i
prawda może być inna .

Ten sierociniec został stworzony, albo nawet: jest tworzony na potrzeby
turystów i działa wtedy, gdy przyjeżdżają biali. Logicznym jest, że każdy
taki białas zostawi chociaż te 100 dolarów. Zważywszy na fakt, że w
przeciągu kilku miesięcy było tu już ponad 30 wolontariuszy, tworzy się dość
pokaźna sumka. Pytanie - ile z tego rzeczywiście trafia do dzieci ? Tego
niestety nie wiemy. Ale śmiemy mieć podejrzenia, że jednak nie wszystko.

Samnang jest bardzo sympatyczny - przesympatyczni byli i pan, który nam
sprzedawał wycieczkę na Halong Bay i pan, który brał od nas pieniążki na
wizy - więc ta akurat cecha o niczym dobrym nie musi świadczyć. Samnang jest
zawsze ładnie ubrany, ma złote sygnety, łańcuszki i nowiutki skuter. Bywa tu
w sierocińcu niezwykle rzadko. Od kiedy tu jesteśmy, spał jedną noc. Ale to
wszystko jest powiedzmy do zaakceptowania i normalne. Rzeczą najbardziej go
demaskującą jest jego stosunek do dzieci i dzieci do niego. On o nich i ich
biedzie pięknie opowiada, aż oczy wypełniają się łzami, ale nie widzieliśmy,
by przytulał któreś z nich, albo by któreś garnęło się do niego. Mają do
siebie stosunek obojętny, a to trochę dziwne, jeśli mówimy o człowieku który
kocha dzieci i postanowił poświęcić dla nich swe życie.

Jak przyjechali tu Hanna, Katt, Mike i Marcel było tu 5 dzieci, potem nagle
pojawiło się 13 nowych. Jak na zamówienie. Samnang mówił nam, że liczba
dzieci tutaj i tych, które wspiera jest zależna od tego jak idą jego
prywatne interesy (jest maklerem nieruchomości), bo to niby z własnych
środków oraz datków wolontariuszy to wszystko opłaca. Idą źle - dzieci
wracają do domu, idą dobrze, dzieci mogą przyjść i żywić się u niego. Tylko
czy to przypadkiem nie działa bardziej na zasadzie - są biali turyści, to
dzieci przychodzą, nie ma - idą do domu.
W domach jest na tyle biednie, że rodzice cieszą się, że na jakiś czas mają
o jedną buzię mniej do wyżywienia. W domach jest przecież jeszcze ich liczne
rodzeństwo, może nawet zmieniają się, kto idzie na który turnus białych?

Wszyscy są więc zadowoleni, a najbardziej pan Samnang, który bywając tu raz
na tydzień zgarnia pewnie sporo datków od turystów. No bo przecież białym
wygodniej jest dać kasę niż szukać gdzieś worka ryżu i potem go taszczyć na
plecach...

Samnang twierdzi, że dzienne wyżywienie dla jednego dziecka to koszt jednego
dolara. Patrząc na to co te dzieci jedzą - śmiem wątpić. Ryż chyba aż tyle
nie kosztuje...


Dzieci dziwnym trafem mieszkają w najbliższej okolicy, do domu mają może z
15 minut piechotą. Niektóre pewnie jednak, choć rodzice je o to proszą, nie
wytrzymują takich pobytów, strasznie tęsknią i tak jak mały Rati z płaczem
biegną do domu.

Nikt tak naprawdę tu o nich nie dba, nie ma żadnego porządku. Wczoraj dzieci
poszły na ten festyn wieczorem. Nauczyciel wrócił przed nimi, a one wracały
tak potem przez pół nocy, nie wiadomo o której. Czy to jest normalne?

Budynek, w którym to wszystko się odbywa jest kompletnie nieprzystosowany do
tego, by mieszkały tu dzieci. Śpią na podłodze, nie miały nawet kubków .
Szyld na budynku informuje o tym, że jest to szkoła (Korean International
English School), a nie żaden sierociniec. Codziennie odbywają się tu lekcje
angielskiego, niby dla wszystkich biednych dzieci z okolicy, oczywiście
gratis. Sądząc po tym, że większość przychodzących tu dzieci przyjeżdża na
fajnych rowerkach, mają piórniki Hello Kitty, słodycze - możliwe że są to
najbogatsze dzieci z okolicy, których rodzice płacą za lekcje. Szczególnie
że zajęcia tak często prowadzone są przez native speakerów, a o to przecież
rodzicom w Azji najbardziej chodzi (biali tu przyjeżdżają i przyjeżdżać będą
i pewnie mało który dojdzie do takich wniosków jak my)

Tak sprawa wygląda. Ale jest jeszcze druga w zasadzie ta najważniejsza
strona medalu: DZIECI. One są prawdziwe. Cudowne. Kochane. Wdzięczne za
wszystko i nie oczekujące za wiele. One naprawdę potrzebują pomocy -
wszystkie te rodziny w okolicy jej potrzebują. Wiele rodziców jest chorych
na HIV, wielu nie stać na własne poletko ryżu, które tu kosztuje kilka
tysięcy dolarów(!). Samnang w pewnym sensie więc im pomaga. Dzieci mają 3
posiłki dziennie, lekcje angielskiego, owoce i słodycze od białych.
Teoretycznie same korzyści.

I to najbardziej dręczące mnie pytanie: czy lepiej by było, żeby Samnanga
nie było? Żeby te dzieci klepały biedę i głodowały w swoich domach? To
wszystko jest tak trudne do ogarnięcia...

Leżeliśmy z Łukaszem do późna, nie mogąc zasnąć. Ciągle nasuwały się jakieś
nowe szczegóły potwierdzające niestety wnioski do jakich doszliśmy. I to
poczucie niemocy, niewiedzy, bezsilności - co dalej robić? Zostawić to
miejsce, wyjechać od razu? Ale przecież jesteśmy tu dla dzieci, a one nie są
wspólnikami Samnanga, są małymi, głodnymi dziećmi, które tak naprawdę nie
znają mechanizmów tej gry.

Samnang - a czy jemu do końca się mamy dziwić? Toż to po prostu człowiek
interesu, w kraju tak biednym jak Kambodża każdy chce znaleźć jakąś
możliwość zarobku dla siebie. Tym bardziej, że stało się to tutaj tak bardzo
popularne, fake'owe sierocińce wyrastają jak grzyby po deszczu.

Po głowie kłębi nam się miliony myśli. Nie zapisałam nawet jednej piątej
tego o czym dziś rozmawialiśmy i co przewinęło się przez nasze głowy.
Jedno wiemy na pewno: Samnang nie dostanie od nas do ręki nawet pół dolara.
Od początku pobytu tutaj staramy się mocno oszczędzać, nie jemy mięsa i dań
powyżej dolara, nie opijamy się piwem, jak nasi biali znajomi. Od początku
wyprawy mamy taki swój dzienny budżet - 100 zł na głowę. Wszystko co
wydajemy - spanie, jedzenie, transport, pamiątki, wizy, itp. Oczywiście są
dni, że wydamy 50 zł, ale są dni, że wydamy 180. Nie oszczędzamy jakoś
mocno, ale też nie szalejemy i trudno tak naprawdę zejść poniżej tej stówy.
Tutaj natomiast wydajemy dużo, dużo mniej, może z 1/5 naszego budżetu. Całą
pozostałą kasę chcemy jakoś wydać na te dzieci. Na razie mamy pomysł, że
kupimy wory ryżu, wyjdzie pewnie jakieś 200-300 kg, kupimy jakieś
cukiereczki i foliowe reklamówki. Ustawimy się tam w tym miejscu, gdzie
widzieliśmy dziesiątki miejscowych, biednych dzieciaczków i będziemy im
rozdawać po reklamówce.

To nie jest pomoc długofalowa, nie jest też duża i spektakularna, ale
przynajmniej wiemy, że te worki z ryżem naprawdę dotrą do tych biednych
ludzi .

Co jeszcze możemy zrobić ??? - to mnie dręczy najbardziej.

No i oczywiście wciąż pozostaje opcja, że to wszystko jednak jest prawdą, a
my popadamy w jakąś paranoję...

Wiem, że nic nie wiem - i tyle .

Łukasz:

Prawda jest taka, że zostaliśmy pionkami w grze w której nic do końca nie
jest białe ani czarne. Wszystko tu jest tak dobrze utkane, że powiem
szczerze, że gdybym wcześniej nie dowiedział się o tym procederze to bardzo
możliwe, że dałbym się omamić. Tak jak wszyscy dotychczasowi wolontariusze.
"Prawdziwości" dodają jeszcze masakryczne warunki zakwaterowania. Ta
czteroosobowa grupka zachodnioeuropejskich wykształciuchów jest tu już ponad
tydzień i dopiero zaczyna zauważać niektóre dziwne szczegóły, których nie
będę tu opisywał bo chyba nie to jest tu najważniejsze.


Tylko co z tego, że rozgryźliśmy powszechnie szanowanego mistera Samnanga?
Ja chciałbym stąd wyjechać, bo mam świadomość, że nawet nasza bierna
obecność tu to reklama dla jego szkoły angielskiego (bo zapewne zostaliśmy
ochrzczeni nauczycielami angola, a takie białasy w tych stronach to
prawdziwy rarytasie). Proszą nas, żeby obojętnie jak pouczyć dzieci bo one
"lubią jak je uczą biali". Prawda jest taka, że to Samnang lubi jak
dzieciaki mówią rodzicom, że uczą je białasy, bo wtedy są zapewne
wniebowzięci i chętniej sypią kasę a zupełnie nie są w stanie sprawdzić
rzeczywistych postępów w nauce. A tu jest niestety źle. To właściwie zupełne
inny temat- poziom edukacji w tym kraju. Ci studenci anglistyki pracujący tu
jako nauczyciele mają angielski na poziomie podstawówki. Tylko czy to ich
powinno się za to winić? 


Ciężko to wszystko opisać, za dużo się tego zakłębiło. Wyjechać teraz to tak
trochę zostawić te dzieciaki na lodzie, zostać to godzić się na tą
patologiczną wypożyczalnię dzieci. Przyznam szczerze, że jeszcze przed
przyjazdem tu czytałem te internetowe reportaże o tych oszukanych
kambodżańskich sierocińcach i nie do końca to wszystko ogarniałem. Ale
wszystko stało się jasne, gdy po północy dzieci myślały, że już śpimy i
wymykały się do swoich rodzinnych domów bo tęskniły za matkami, które budzą
je potem bardzo wcześnie, by zdążyły wrócić jeszcze zanim zadowoleni z
siebie wolontariusze się obudzą.

Całą tą ekipę Samnanga trudno nawet jakoś piętnować. O nim samym mam zdanie

wyrobione, ale jego posługiwacze to zapewne ludzie robiący to z braku
alternatywy. To zrobił się taki trochę kambodżański sport narodowy. Śląsk ma
węgiel i kopalnie a Kambodża biedne dzieciaki i pseudo sierocińce.


Nie wiem co dalej zrobimy, ale na pewno nie żałuję że tu przyjechaliśmy.
Odwiedziny rodzin i domów każdego z tych dzieciaków to przeżycie naprawdę
ekstremalne, bardziej prawdziwie poznawać jakiś kraj się chyba nie da. Co
poniektórzy członkowie ich rodzin to egzemplarze, o których myślisz, że
wyginęli w średniowieczu. I gdy chwytasz za aparat czujesz, że zrobienie
zdjęcia byłoby takie trochę nie w porządku, każdy człowiek ma swoją godność
i foty w stylu "zobacz ziomek jaki mutant" to jednak nie moja działka. Za to
widok dzieci grających w football ludzką czaszką (chyba jedyna rzecz jakiej
w tym kraju nie brakuje)- bezcenny, niezapomniany i sfotografowany!


Warto też wspomnieć o pewnym szczególe, który w sumie z turystycznego punktu
widzenia jest nawet dość ważny- tu jest cholernie ładnie. Zapewne utrzymaniu
dzikości przyrody sprzyja fakt, że każde zboczenie ze ścieżki może wiązać
się z pożegnaniem z nogą w wyniku spotkania z miną, których ponoć wciąż tu
nie brakuje.

Podoba mi się w tej Kambodży. Prawdziwa rzeczywistość w tym kraju jest

ostra jak żyleta.

DZIEŃ 46., Z dziećmi

Saiva, 22.10.2010

No i przyszedł kolejny dzień. Wszystko byłoby super, gdybyśmy wiedzieli w
jaki sposób możemy pomóc. Samnang był wczoraj wieczorem, a dziś rano znów
wybył do Phnom Penh. Nie zdążyliśmy z nim nawet dłużej porozmawiać. A mamy
tyle pytań, tylu rzeczy chcielibyśmy się dowiedzieć. Przede wszystkim tego
najważniejszego: jak my możemy pomóc ?
Na razie gramy z dziećmi, jesteśmy z nimi, zaczynamy się z nimi coraz
bardziej zaprzyjaźniać.

Po lunchu, gdy dzieci miały szkołę, poszliśmy z Łukaszem na spacer po
okolicy. Tu jest tak pięknie! Nie wiem czy to znowu nie kwestia wschodzącego
ryżu i jego niesamowitego, zielonego koloru, ale działa to na nasze zmysły
całą mocą - zupełnie jak w Laosie. Usiedliśmy na jakimś pieńku w cieniu, bo
słońce tak grzeje, że człowiek nie nadąża z ocieraniem potu, i jedliśmy
owoce.

Wieczorem jak zwykle dołączyliśmy do Hanny, Katt, Mike'a i Marcela i
zjedliśmy razem kolację. Ich rozmowy kręcą się głównie wokół sierocińca,
dzieci i jak im pomóc - czyli bardzo dobrze ! Widać jednak, że próbują
rozgryźć Samnanga, bo że mu nie ufają to widać gołym okiem .

A czy my mu ufamy ???