poniedziałek, 19 września 2011

DZIEŃ 51., Zambio – do zobaczenia!







Sonia i Siostra Bliźniaczka - Janina bądź Maria :)

18.09.2011, niedziela 

Dziś znów zerwałam się przed świtem – tak jak to robi całe Kasisi. Tu spać się chodzi bardzo wcześnie ale i wstaje o 5. Nie chciałam stracić ani godziny, w końcu tak niewiele mi ich tutaj pozostało.
Poszłam do maluszków, tych, które wczoraj usypiałam. Już stały na baczność w swoich łóżeczkach, czekały na ubranie do końca, na buciki, żeby mogły wyjść na zewnątrz. Śmieszne jest, że nawet jak jest gorąco (tzn. moim zdaniem) maluchom zakłada się sweterki, a nawet kurtki. Śmiesznie to wygląda: dziewczynka ma gołe nóżki, sandałki, a do tego wielką puchową kurtkę.
Dzieci już się mnie nie bały, niektóre biegły roześmiane. Szczególnie zauroczyły mnie takie jedne trojaczki – no takie słodziaki, że nic tylko schrupać. W ogóle zadziwiające jest ile w tym Kasisi jest bliźniaków i trojaczków, nawet Siostry bliźniaczki – Maria i Janina ;) Tak podobne, że Sonia jest tam już miesiąc i dalej ich nie odróżnia. Szczególnie, że to takie „jajcary” i nawet jak dopytujesz, która jest która to i tak tak cię zawsze skołują, że i tak nic nie wiesz. To nie jest takie łatwe – coś jednej opowiadam, o coś proszę, czy za coś dziękuję i kompletnie nie wiem z którą przed chwilą rozmawiałam. Dłuższy pobyt to doprawdy nie lada wyzwanie ;)))
Potem była msza i jeden jej element, który mnie rozczulił. Przy „Pokój wam wszystkim” każde jedno dzieciątko pochodzi, by podać rękę. Takie chodzenie po kościele trochę więc trwa, ale jest to niesamowicie miły gest…
Naprawdę niełatwo mi było wyjeżdżać z tego miejsca. Siostra Krystyna, po pysznym lunchu, na którego zjedzenie miałam całe 5 minut, odwiozła mnie na lotnisko, a po drodze jeszcze obwiozła po okolicy i czekała, dopóki bezpiecznie nie przeszłam wszystkich odpraw.
Kasisi przyjęło mnie (jak to zresztą sama ujęła Siostra „bliżniaczka”) nie jak gościa, ale jak swego. Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że mogłam tu być. Zadziwiające jest, ile Zambia ma wyjątkowych miejsc. I jak bardzo polscy misjonarze się do tego przyczyniają. Jestem zbudowana, dumna i szczęśliwa. Wspaniały szpital w Mpanshyi, sierociniec tu w Kasisi to tylko jedne z wielu tego typu placówek w Zambii.
Zostałam na lotnisku smutna, ale i szczęśliwa zarazem. Bo myśl, która towarzyszyła mi przy pożegnaniu 2 lata temu była i teraz: to nie jest moja ostatnia podróż do Zambii, jeszcze tu wrócę. Może nie tak szybko, jak tym razem, ale na pewno! 

Tak więc nie mówię żegnaj, ale: do zobaczenia!

DZIEŃ 50, Kasisi.








Kasisi, 17.09.2011, sobota 

Dziś wstałam bardzo wcześnie rano, nastawiłam sobie budzik, no bo przecież w tak wyjątkowym miejscu szkoda marnować dnia. Wstałam o 5:30, ale najpierw trochę popracowałam na komputerze, a pierwszym moim wyjściem była msza w kaplicy o 7 rano. Potem śniadanko i wreszcie mogłam poznać się z dziećmi.
Sonia oprowadziła mnie po całym sierocińcu. 

Przed przyjazdem do Zambii na hasło: afrykański sierociniec reagowałam jednoznacznymi skojarzeniami: bieda, łzy, niekochane, samotne dzieci. Po rozmowach z Zosią i Sylwią wiedziałam już, że Kasisi jest wyjątkowym miejscem, więc to co zobaczyłam aż tak bardzo mnie nie zaskoczyło. Raczej wlało w serce dużo radości i szczęścia. Sale dziecięce są śliczne, kolorowe, ze zwierzakami na ścianach. Każda salka jest pięknie wyposażona, widziałam całe góry pięknych zabawek. Na każdym jednym łóżku dziecka siedzi duży pluszowy miś. Widać, że świat pomaga Kasisi i widać, jak pięknie ta pomoc tutaj jest wykorzystywana. Dzieciaczki, nawet te naj, najmniejsze są ślicznie ubrane – przysyłane ubranka nie zalegają w szafach, tylko są w ciągłym użyciu. To miejsce jest kolorowe, radosne i czuć w nim szczęście i miłość.
Sierociniec w Kasisi jest znany wielu ludziom na świecie. Nie ma dnia, żeby nie było gości odwiedzających i ile pięknych historii się z tym wiąże, to aż ciężko uwierzyć. „Tą bibliotekę ufundowała taka jedna pani, nie ma chyba książki, której by w niej nie było”, „Ta nowa sala dla maluszków powstała dzięki takiemu małżeństwu z Anglii”, itd., itd. Sierociniec jest też zaprzyjaźniony z liniami British Airways i prócz ciągłego wsparcia w różnej postaci wzięli raz na przykład zapakowali prawie wszystkie dzieciaczki do samolotu i zawieźli na wycieczkę nad wodospady Wiktorii.
Wsparcie napływa, ale nic się nie dzieje bez przyczyny. Nie tylko bowiem miejsca, w których widać biedę, smutek i nędzę wzbudzają w ludziach chęć podzielenia się. Miejsca, w których okazywaną pomoc tak bardzo widać, również. Wtedy człowiek wie i widzi na własne oczy, że rzeczywiście może coś zmienić. Coś dobrego zrobić w życiu tych dzieci i że jego wsparcie zostanie naprawdę dobrze wykorzystane, a nie zniknie gdzieś w czarnej dziurze, jak to się niestety dzieje w przypadku dużych organizacji …

Kasisi to piękny, jasny i wyjątkowy punkt na mapie świata. Punkt jasny, świecący. Wyjątek potwierdzający regułę. Wyjątek – bo prawdziwa Afryka i życie dzieci w niej nie wygląda tak jak te w Kasisi, a reguła – że gdzie są niezwykli ludzie tam naprawdę można zdziałać cudowne rzeczy. Jak patrzę na to miejsce to aż rozpiera mnie duma, że jestem Polką. To nasze polskie Siostry stworzyły to miejsce, to one tak o nie dbają i biegają zestresowane, gdy choć jeden z dzieciaczków ma biegunkę, czy wymiotuje. A to przecież przy takiej ilości, ponad 200 dzieci to zupełna normalka! Oczywiście oprócz naszych kilku Siostrzyczek (5 Polek, 2 Zambijki) są zatrudnione opiekunki, które przez dzieci są nazywane mamami i które tam z nimi mieszkają…
Rano bawiłam się z malutkimi dziećmi, one mnie jeszcze wtedy nie znały, ja ich też nie, więc czułam się dobrze, ale trochę obco. To, że byłam kompletnie nową osobą nie przeszkadzało im jednak usadawiać się z radością na moich nogach (i nic to nawet że niektórym przeciekały pieluchy ;)) Imponowało mi jak ładnie starsze dzieci się zajmują takimi maluchami. Przychodzą do nich, bawią się, przytulają, karmią. Tu się naprawdę czuje, że to taka jedna wielka rodzina … I że nie jest to sierociniec, tylko wielki wspólny dom!
 Po południu znowu byłam z maluszkami. Najpierw karmienie kaszką, nshimą, potem kąpiel i ubieranie. I każde dzieciątko tak się cieszyło, że ma swoje 5 minut na wysmarowanie ciałka oliwką, ubranie, przytulenie. Nie było nawet mowy o zamarudzeniu, obdarzały mnie tylko swym rozbrajającym uśmiechem …
I potem, gdy zasypiały w swych łóżeczkach z metalowymi kratami. Każde na pewno marzyło o przytuleniu, kołysance. Ale tylko Johny płakał i nie mógł się uspokoić. Reszta ze zrozumieniem patrzyła na to, że utulam go w ramionach. Patrzyły i tylko uśmiechały się do mnie szeroko. Jakby chciały zwrócić moją uwagę swym wielkim uśmiechem. Tylko mała Ania nie zwracała na mnie uwagi, kiwała swą malutką główkę raz w prawo, raz w lewo, sama siebie musiała ukołysać do snu… 
Piękne, dzielne dzieci. Wtedy wiedziałam już, że mogłabym tu spędzić wiele miesięcy. Mogłabym, ale chyba nie byłoby to w moim przypadku wskazane, bo potem nie wiem jak zniosłabym rozstanie. Jeśli przez jeden dzień można pokochać te dzieci, to co dopiero przez dłuższy pobyt…
I jednak niezależnie od tego jak dobrze im tu jest i ile uśmiechu widać na co dzień, jak bardzo Siostry o nie dbają,  każde z tych maleństw zasługuje na swą własną kołysankę i utulenie do snu… I dlatego mój obraz dzieci z Kasisi to szczęście przeplatające się ze smutkiem… Skoro jednak nie mogą być z własnymi rodzicami to Kasisi jest na pewno najlepszym drugim domem.

DZIEŃ 49.,Pożegnanie i witaj Kasisi.


Kasisi, 16.09.2011, piątek 

Dziś rano pożegnałam się z Mpanshyą. Ależ mi było smutno… Przyszły Sylwia i Zosia, zrobiły mi niespodziankę, wstały na tą 5.30, by mnie uściskać na pożegnanie, kochane dziewczyny. Uściskałam się z Siostrą Józefą, obiecałam, że wrócę ponownie. 

Żegnaj Mpanshyo, żegnaj Mpanshyo … 

Całe szczęście, że z Maggie jeszcze nie musiałam się żegnać, bo chyba bym tego nie przeżyła. Na Lusakę nie miałyśmy wielu planów. Maggie udało się umówić w szpitalu wizytę u specjalisty dla naszych niesłyszących Darów i była przeszczęśliwa. Potem pojechałyśmy na market z zambijskimi pamiątkami, które to ja po prostu uwielbiam. To były dla mnie bardzo ważne i duże zakupy. Potrzebowałam wielu rzeczy, bo w mojej głowie już dawno zrodził się pewien pomysł i te rzeczy będą mi niezbędne do jego przeprowadzenia.
Zakupy były długie, męczące, ale chyba muszę również stwierdzić, że satysfakcjonujące. Sztukę targowania opanowałam dość nieźle i muszę przyznać, że jest to fajne. Sprzedawcy nie mają ze mną łatwo, ja z nimi zresztą też nie no i przez to to wszystko zajmuje naprawdę dużo czasu. I gdy zwykle zakupy szybko mnie męczą, to  te sprawiają mi naprawdę dużo radości. Niestety jednak dobiłam dziś psychicznie Maggie, która kupiła co miała i potem dłuuugo na mnie czekała (całe szczęście, że miała komputer i mogła na nim popracować!) Widziałam, że była zła. A ja też skończyłam tylko dlatego, że mój portfel był puściuteńki! Wydałam całe pieniądze i może to i dobrze, bo w przeciwnym razie to bym się chyba nigdy nie pohamowała! Ale, ale większość pójdzie na szczytny cel, więc jestem, mam nadzieję, usprawiedliwiona ;)  
Po tych zakupach pojechałyśmy do centrum handlowego Mandahill, gdzie zjadłyśmy pyszny lunch, posiedziałyśmy na Internecie i zrobiłyśmy ostatnie zakupy. Działy się ze mną dziwne rzeczy. Serce mi biło, brzuch mnie bolał, było mi słabo i smutno. Wiedziałam, że nie uda mi się powstrzymać łez przy pożegnaniu. A zbliżało się ono wielkimi krokami, Maggie miała ruszać już wkrótce z powrotem do Mpanshyi, a ja w stronę Kasisi. Żegnałyśmy się długo i było to piękne pożegnanie, na pewno go nie zapomnę. Na szczęście okazało się, że jeszcze trochę możemy pobyć razem, bo z powodu dość skomplikowanej historii Siostra Sabina musiała jeszcze jechać na lotnisko. A to jest przecież po drodze do Kasisi! I tam, na rozstaju dróg, prowadzących na lotnisko i do Kasisi wyściskałyśmy się po raz ostatni. Będę za Nią tak bardzo tęsknić!
Do Kasisi pojechałam złapanym prywatnym samochodem z dużą paką. Kierowca nawijał non stop, a mi jakoś nie w smak były wszelkie rozmowy. Do tego wszystkiego dochodził stres, co zastanę w Kasisi i czy w ogóle wiedzą o moim przyjeździe. Rozmawiałam bowiem z Siostrą Mariolą, dyrektorką już jakiś tydzień temu. Powiedziała mi wtedy, że mogę przyjechać, nawet już bez potwierdzenia dokładnej daty. Ale gdy wczoraj i dziś próbowałam się do niej przez cały dzień dodzwonić, telefon milczał … A to tak trochę średnio, gdy się jedzie do obcego zupełnie miejsca.
Ale niepotrzebnie się stresowałam. Siostry, owszem, nic nie wiedziały o moim przyjeździe, Siostra Mariola wyjechała na rekolekcje, ale zostałam przyjęta niezwykle miło. Dostałam własny pokoik gościnny, bardzo ładny zresztą. Zaraz też poznałam Sonię, polską pielęgniarkę-wolontariuszkę, która przyjechała tu na 4 miesiące (strasznie fajna dziewczyna) Potem wzięli mnie na kolację, gdzie poznałam kolejnych wolontariuszy – Claire i Paula, emerytów z Irlandii, którzy kilka miesięcy swej emerytury postanowili spędzić właśnie w tym niezwykłym miejscu.
Bo że jest niezwykłe miejsce czuje się już od przekroczenia progu i chyba nie ma osoby, która by tak nie uważała. Siostra Mariola, dyrektorka, jest żywą legendą i skoro od kilku już osób słyszę  o niej tak niezwykłe rzeczy to naprawdę aż serce mi się kraje, że wyjechała na rekolekcje i że jej przez to nie poznam. Za to te Siostry, które tu poznałam: bliźniaczki Janina i Maria, Siostra Jolanta, Faustyna naprawdę wynagradzają mi niemożność poznania Siostry Marioli.
Ale że przyjechałam już pod wieczór, gdzie dzieciaczki już w większości spały, reszty dowiem się jutro …

DZIEŃ 48., Fryzjer i pożegnanie …






Mpanshya, 15.09.2011, czwartek 

Dzisiaj byłam umówiona na coś, za czym mocno tęskniłam od poprzedniej wizyty i co oczywiście z góry zaplanowałam: na zaplatanie warkoczyków. Stresowałam się mocno, bo zdecydowałam się tym razem na usługi miejscowych kobiet, a nie na salonik z Lusaki, jak to było ostatnim razem. Cena nie była tu bynajmniej czynnikiem decydującym, ale fakt, że tu w Mpanshyi zaplatanie warkoczyków jest … 5 razy tańsze, mocno mnie zaskoczył. W dodatku wybrałam czarny kolor włosów, a nie jak ostatnio; brązowy i również nie było wiadomo, czy będzie mi pasować.
Zamówiłam panią, która jest dobra w tym co robi, widziałam zrobione przez nią fryzury, ale problem w tym, że jeszcze nie zaplatała włosów mzungu.
Miała przyjść  z dwiema innymi kobietami, bo bałam się że w jeden dzień nie skończą. Ale przyszła tylko z jedną pomagierką, za to każda z dzieckiem na plecach. Także miałyśmy wesołą mieszaninę fryzjera, przedszkola i żłobka. 
Poszło naprawdę dość sprawnie, byłam zaskoczona. Po 4 godzinach warkoczyki były gotowe. Miały być takie jak ostatnio, a wyszły zupełnie inne, choć też ładne. Poprzednim razem miałam doczepione strasznie dużo włosów, po prostu ogrom, którego nijak nie byłam w stanie objąć. Teraz użyły dużo mniej tych sztucznych włosów, więc tak trochę łyso się czuję ;) Może też następnym razem zrobiłabym je jednak trochę cieńsze, bo teraz takie trochę grubaski wyszły. No i trochę się jednak odznacza taki biały przedziałek z boku. Ale o to zawsze jest trudno, u Afrykanek też jest, ale że mają czarną skórę, to to się nie rzuca w oczy.
Ale na pewno nie żałuję, że wybrałam właśnie to miejsce i na pewno zrobiłabym to ponownie. Kobieta naprawdę zna się na rzeczy. W dodatku jak sobie człowiek uświadomi ile zapłacił (5 dolarów i to tak już podwyższona przez mnie stawka) to naprawdę można spaść z krzesła. Ale jednej rzeczy zdecydowanie żałuję: że nie zrobiłam sobie też warkoczyków zaraz po przyjeździe tutaj. Wtedy bym mogła sobie zrobić trochę inny styl, porównać. Taka zabawa z włosami to naprawdę świetna sprawa!
Do tych włosów doszedł potem jeszcze mój afrykański strój, który szyłam sobie na zamówienie u miejscowej krawcowej i który to ona przyniosła godzinkę po fryzjerze. To szycie to tak trochę na szybko, bez przymiarki, ale wyszło naprawdę nieźle. Wyglądałam i czułam się bardzo zambijsko no i spojrzenia ludzi mówiły same za siebie ;) Chyba naprawdę wyszło wszystko razem ładnie ;) (tak, wiem, że to brzmi bardzo skromnie!)
Po południu przyszedł też na pożegnanie mój kochany Kennedorek. Dałam mu trochę ubrań. Jeszcze nigdy nie widziałam dziecka, które by się tak cieszyło z nowego ubrania. Wzruszyło mnie to, naprawdę. Wychodzi chyba na to, że on chciałby ładnie wyglądać, mieć ubranka, ale jego mama kompletnie o to nie dba.  Co dostanie nowe ubranka od Siostry Józefy (a wiem, że dostaje dużo) to tak je nosi, nieprane, póki się nie rozpadną. I można prosić, mówić, dawać proszek. Niektórych ludzi po prostu się nie zmieni … Dwa dni temu jak był u mnie, zapytał (o ile go dobrze zrozumiałam) czy zabiorę go ze sobą do Polski. I wtedy to mi się autentycznie smutno zrobiło, bo chciałabym, żeby był szczęśliwy w swoim własnym kraju… Ale kto wie, może kiedyś uda mi się zaprosić na wakacje synusia z Afryki? Teściowa na pewno bardzo by się ucieszyła ;))))
Będę za nim tęsknić, tym moim kochanym, małym obdartuskiem. 
I pożegnań był tylko ciąg dalszy, z Royce, z którą naprawdę super mi się podczas całego tego wyjazdu współpracowało, z pracownikami Arki, z Siostrami, a wieczorem przyszedł też czas na pożegnanie z moimi mzungu-przyjaciółmi: Zosią, Sylwią, Michałem, Maćkiem, Amy i Frances. Zrobiłyśmy grilla na werandzie. Maggie powiesiła piękne kolorowe lampioniki, grała muzyka, były kurczak i kiełbaski z grilla, sałatka, ciasto, mnóstwo coca-coli oczywiście. No i przede wszystkim super rozmowy, mnóstwo śmiechu, bo tak jakoś niektórym zdarzało się mówić rzeczy, które były całkiem na opak odbierane ;)
Gdyby nie fakt, że był to mój wieczór pożegnalny to uznałabym, że impreza nadzwyczajnie się udała. A jednak widmo wyjazdu wisiało w powietrzu i było mi naprawdę smutno i nieswojo. Szczególnie gdy trzeba było wymienić ostatni uścisk i uświadomić sobie, że to już naprawdę koniec pobytu w Mpanshyi …
Wieczorem się jeszcze pakowałam, bo jutro skoro świt wyruszamy do Lusaki, a potem jadę jeszcze na prawie 2 dni do sierocińca w Kasisi, w którym były na początku Zosia i Sylwia. Tyle mi dobrych rzeczy poopowiadały o tym miejscu, że wiedziałam, że muszę je zobaczyć. Prędzej się nie udało, bo mieli ciągle gości i wolontariuszy, ale teraz w końcu mogę przyjechać na te dwa ostatnie dni. Szczególnie że Kasisi jest tylko 10 km od lotniska! 

Ostatnia noc w Mpanshyi, z dziwnym uczuciem kładłam się spać o 1, gdzie o 5 czekała mnie pobudka…

DZIEŃ 47., Idealne pożegnanie z dziką Afryką.








Mpanshya, 14.09.2011, środa 

Dziś jest ostatni dzień dzikiej, afrykańskiej przygody. Wyprawa w miejsce, o którym marzył Łukasz. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Zrób wszystko, żeby pojechać tam nad rzekę, nad Lower Zambezi. To jest właśnie to czego najbardziej żałuję, że nie udało mi się zrobić”. I choć wszystkiego nie robiłam, to inni zrobili to za mnie. Maggie, dziewczyny, ksiądz Michał i Maciek – dzięki nim wszystkim udało się spełnić marzenie Łukasza. Szkoda tylko, że on rzeczywiście nie mógł tego ze mną oglądać …
Skoro świt zapakowaliśmy się do samochodu – Zosia, Sylwia, Michał i ja. Maggie, choć tak bardzo kocha to miejsce i tak bardzo chciała – została. Dzień wolny postanowiła wziąć na odprowadzenie mnie do Lusaki … Samochód ma tylko dwa miejsca, więc dwie z nas musiały jechać na pace, oczywiście ciągle się zmieniałyśmy. Ponieważ jak to argumentowały dziewczyny „jestem najstarsza” (co mnie wcale ale to wcale nie cieszy!) jechałam z przodu i gawędziłam sobie z Michałem. Tereny, przez które przejeżdżaliśmy, szczególnie już po odbiciu w Luangwa, gdy zaczęliśmy jechać wzdłuż rzeki, były fantastyczne. Palmy, soczysto-zielone rośliny, okrągłe chatki (trochę inny styl niż u nas w Mpanshyi) No i tutaj to dopiero były baobaby. Zmieniam zdanie: to jest prawdziwa kraina tych niezwykłych drzew. Już to cieszyło oczy, a był to dopiero mały przedsmak tego co nas czekało.
W końcu dojechaliśmy na miejsce, gdzie czekał już na nas umówiony facet ze swoją łódką. Jest to załatwiane po znajomości, dzięki Siostrom z Katondwe. One znają tego przewodnika i płacimy tyle co za paliwo no i trochę dla kierowcy. 

Już od pierwszych minut zauroczyło mnie to miejsce. Nie wiem, czy to pędząca łódka, wiatr we włosach, grzejące afrykańskie słońce i kropelki wody wyskakujące spod spienionych fal dla ochłody. Czy to może po prostu te nieziemskie widoki: małe wysepki z białym piaskiem i zielonymi trzcinami, fantazyjne klify, rdzawoczerwone skały, zalesione pagórki i górujące ponad nimi potężne góry. Nie wiem, naprawdę nie wiem, ale efekt był po prostu niesamowity. Siedziałam z tyłu łódki, motor warczał tak głośno, że nie słyszałam nawet własnych myśli. Ale to również bardzo mi odpowiadało, pasowało do tego wszystkiego i mego błogiego stanu.
Nawet gdybyśmy mieli nie zobaczyć ani jednego zwierzaka, to i tak naprawdę warto było tu przyjechać. Zresztą jest to niezwykłe miejsce – gdzie spotykają się granice 3 krajów: Zambii, Zimbabwe i Mozambiku. Mogę więc powiedzieć, że widziałam je wszystkie ;)
Prócz dzikiego szczęścia (określenie przejęte od Sylwii, która jest pozytywną, bardzo często „dziko szczęśliwą” osobą) był jednak i strach. My w takiej małej łódeczce, a wszędzie dookoła nas królestwo hipopotamów i krokodyli. Ja już się dość nasłuchałam historii o tych co zginęli w paszczach krokodyli, czy których łódki zostały roztrzaskane przez hippy. A tych tutaj nie brakowało. Całe kolonie hipciów, pojedyncze hipcie, oczy hipciowe pojawiające się ni z tego z owego tuż przy naszej łódce. To dodawało wszystkiemu atmosfery grozy i przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. Nie powiem, żebym była wyluzowana.
Ale szczęście było po naszej stronie. Była gdzieś godzina 11, czyli godzina gdy wszystkie zwierzaki siedzą gdzieś w buszu i ani myślą schodzić nad rzekę. Tymczasem my spotkaliśmy pięknego słonia, który urządzał sobie błotną kąpiel. Polewał się błotkiem, potem wodą i w ogóle nie przejmował tym, że go z uwielbieniem obserwujemy. To był naprawdę piękny słoń. Chwilę później spotkaliśmy kolejne dwa. Pasły się na łące, ale jeden z nich trochę był jednak niezadowolony z naszej wizyty, odwrócił się na pięcie i odszedł. W tym słoniu bardzo zainteresowała mnie, jak by to delikatnie określić „druga trąba”, która była oooolbrzymich rozmiarów. Intymny świat zwierząt jest tematem niezwykle interesującym – niebieskojajowe małpy, słonice o kobiecych piersiach, słonie z wielkimi „trąbami”, małpy baboo, które stosunek seksualny traktują bardzo przedmiotowo, cały akt włącznie z grą wstępną zajmuje im jakieś 5 sekund po czym bez rzucenia choćby pożegnalnego spojrzenia na partnera idą do kolejnego. To wszystko jest naprawdę ciekawe, a że nie oglądam National Geographic to musiałam przyjechać aż tutaj, aby się tego wszystkiego dowiedzieć …
Po słonikach dopłynęliśmy do miejsca przeznaczenia. Była to lodge tuż przed granicą Parku Narodowego, gdzie za wjazd trzeba już oczywiście słono płacić i do tego chyba przekroczyć granice kraju. Lodge była zamknięta na 4 spusty, właściciele pojechali na zakupy do wsi i w ogóle można było odczuć, że te tereny nadal są naprawdę dzikie i nie są oblegane przez turystów. I bardzo, bardzo dobrze!!! Posiedzieliśmy tam sobie z godzinkę, gadaliśmy gapiąc się na ten cudny krajobraz dookoła. Potem udaliśmy się w drogę powrotną, ale z przystankiem w kolejnej, bardzo skromnej lodge prowadzonej przez miejscowych, gdzie zaserwować nam mogli … to co sami sobie przywieźliśmy. Na szczęście byliśmy przygotowani i nie dość, że zjedliśmy lunch to jeszcze urządziliśmy sobie poobiednią drzemkę. Było tak cicho, leniwie, błogo i dobrze. Tylko chrumkanie hipciów zakłócało tą błogą afrykańską ciszę…
Ku wyraźnemu niezadowoleniu naszego kierowcy, który zresztą do najbardziej rozmownych i towarzyskich nie należał, ruszyliśmy stamtąd dopiero po 3 godzinach, o 16, tak żeby móc oglądać zwierzęta idące do wodopoju.
Ale niestety, w drodze powrotnej już takiego szczęścia nie mieliśmy, bo prócz krokodyli i ogromnej ilości hipciów, zwierzaków nie widzieliśmy. Choć widok takiego wielkiego stada hippów, które w popłochu wskakuje do wody na widok naszej łódki, rekompensował te straty.
Autem wracaliśmy już praktycznie po ciemku, tym razem Sylwia i ja siedziałyśmy na pace. Świeże powietrze, gwiazdy i ciemna afrykańska noc. To była super przejażdżka. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę na targu w Luangwa, gdzie sprzedają suszone ryby i fantastyczne wiklinowe (tzn. trzcinowe) kosze.
To była naprawdę piękna wycieczka, takie postawienie kropki nad i. Krajobraz tego Praku mnie po prostu zauroczył, mimo że miejsce nie obfitowało aż tak w zwierzęta jak Chobe czy South Luangwa… 

Będę tęsknić za tą piękną, dziką stroną Afryki …