środa, 31 sierpnia 2011

DZIEŃ 30., Po prostu niedziela.


Mpanshya, 28.08.2011, niedziela

O dzisiejszym dniu w zasadzie za wiele napisać się nie da. Łukasz nie zaszczyciłby go zapewne nawet jednym jedynym zdaniem. No ale tradycji musi stać się zadość. 

Rano byłyśmy na mszy, Sweetie oczywiście z nami. Przyznam, że nigdy nie widziałam tak pobożnego psa. Owszem, moje pieski też chadzały ze mną do kościoła, ale grzecznie czekały przed. Sweetie natomiast wali twardo do środka i mości sobie posłanko w … konfesjonale. Tam kontempluje swoje pieskie życie i po mszy wychodzi całkowicie oczyszczona z grzechów. 

Po mszy miałyśmy taką leniwą niedzielę. Choć aż tak leniwie nie było, no bo pranie, praca na kompie, omawianie dzieciaczków to nie jest aż takie byczenie do góry brzuchem, prawda ?
A o 17 musiałyśmy się już zbierać na plebanię i szykować do przyjazdu gości. Miał przyjechać ksiądz Maciek (to inny Maciek, gdyby ktoś był confused) i 4 dziewczyny, też Polki, które są w Lusace jako wolontariuszki. Dwie z nich, Julię i Alicję, które są lekarzami, poznałam już w piątek.
My z Maggie przejęłyśmy funkcję kucharek, bo Michał został dziś sam na placu boju („nasz” Maciek z Zosią i Sylwią pojechali do Lusaki)
Obiad wyszedł nam bardzo pyszny, ale jestem wredna pisząc nam, bo ja aż ugotowałam makaron, resztą się zajęła Maggie ;) Ale ja za to zrobiłam ciasteczka z płatków owsiano-kukurydzianych mojej Mamy i cieszyły się dużym wzięciem ;) Oczywiście prócz pochłaniania toczyły się wieczorne Polaków rozmowy. Zawsze fajnie poznać kolejne osoby, powymieniać się wrażeniami. My jednak z Maggie , w ostatnich dniach charakteryzujące się syndromem śpiocha, wróciłyśmy dość wcześnie.
Na szczęście Łukasz uratował ten „krótki” dzień swym podsumowaniem, już z drugiego świata …  

Łukasz:
No i stało się. Moja afrykańska przygoda przeszła do historii. Pisząc te słowa siedzę już w moim ekskluzywnym apartamencie w Europie i podziwiam przez okno gwarne ulice norweskiej stolicy (swoją drogą, to widok aż tak bardzo się nie zmienił bo większość przechodniów na mojej dzielni jest czarna). 36-godzinną podróż zniosłem nadzwyczaj dzielnie i jedynym moim problemem jest rozplątanie tych cholernych warkoczyków które są splątane tak ciasno, że chyba skończy się na fryzurce ala jesienny skinheadzik.
No, ale przejdźmy już do części merytorycznej zawierającej jakieś mniej bełkotliwe przemyślenia. Naturalnie cały ten afrykański epizod zasłużył na jakieś spuentowanie tudzież podsumowanie w jakiś ambitny sposób. Jestem jednak pełen obaw, że ten fragment sknocę, gdyż moja przyrodzona skłonność do spłycania nawet najwznioślejszych przeżyć nie opuści mnie zapewne i tym razem. Obiecuję Wam jednak, najukochańsi Czytelnicy, że dam z siebie wszystko.
Aby nie powtarzać się zanadto powiem tylko, że Afryka jest przepiękna i robi naprawdę ogromne wrażenie. Ludzie są bardzo mili i wszyscy się do człowieka uśmiechają. Ale Afryka ma też drugą twarz. Wiadomo: bieda, AIDS, malaria, susza i cholera wie co jeszcze. Mówiąc w skrócie, żyje się tu ciężko. Tak czarnym, jak i białym. Tylko, że ci drudzy są tu (zazwyczaj) z własnej woli i mają wybór. I to właśnie ci ludzie zrobili na mnie duże wrażenie. My mamy swoje problemy, szkołę, pracę, rodzinę i kredyty i nawet nie myślimy, że gdzieś tam, daleko nasi rodacy siedzą całe lata w imię … No właśnie w imię czego? Można oczywiście powiedzieć, że to banalne pytanie jeśli chodzi o misjonarzy, ja jednak tak nie uważam. Każdy z nich ma moim zdaniem trochę inne zapatrywanie na całą tą sprawę i trochę inne cele. Bo hasło „pomoc dla Afryki” to pusty frazes, który niewiele ze sobą niesie. A systemowa, mądra pomoc to temat bardzo ciężki. Pomoc która faktycznie pomaga i nie szkodzi to kwestia szalenie trudna. Wymaga to poświęcenia, czasu i może być bardzo niewdzięczna. Ale ci ludzie których poznałem w Mpansi czerpią skądś na to energię i są w stanie znaleźć motywację. Jak bardzo silna może ona być pokazuje  chociażby historia Gosi, która pracuje w tamtejszym hospicjum już 7(?) lat. Niezły (i jakże medialny) przykład to też historia księdza Krzysztofa, którego mieliśmy okazję i przyjemność poznać w Lusace. Nie aż tak znowu dawno temu był on misjonarzem w „naszej” Pansi. Pewnej nocy grupka miłośników szybkiej kasy włamała się na misję (właśnie tam, gdzie odbywaliśmy nasze emigracyjne, długie Polaków rozmowy) i bez zbędnych ceregieli posłała mu serię z kałasznikowa a później zabrała się za plądrowanie. Mimo ciężkiej rany udało mu się wymknąć do auta i z raną postrzałową jechał przez noc po pomoc aż do Lusaki. Po drodze został jeszcze ostrzelany przez policję, która myślała, że to napastnicy uciekają jego wozem, a on został zamordowany. Nie wdając się zbytnio w szczegóły tej opowieści chcę tylko powiedzieć, że ja po takiej akcji raczej miałbym dość Zambii na dość długi czas, tak mniej więcej do końca życia myślę. On natomiast cały czas jest na placówce i prowadzi działalność misyjną. Tak jak i reszta cichych bohaterów tego bloga.
               
Ja natomiast kończę już moje wpisy i biorę się za robotę. Czekają na mnie obowiązki i wyzwania naszego jakże ambitnego, cywilizowanego życia. Ale gdzieś tam w mej pamięci zachowam obraz i wspomnienie Afryki.
 Żegnaj Pansio! Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

DZIEŃ 29., Zakupy z Panem Kaziem.


Pan Kaziu
Mpanshya, 27.08.2011, sobota 

Dzisiaj obudziłam się po nocnych koszmarach. Śnił mi się spadający samolot. Byliśmy z Łukaszem gdzieś na wakacjach, przed chwilą dolecieliśmy do celu, a podczas pierwszego spaceru tuż nad naszymi głowami zaczął koziołkować w powietrzu wielki samolot. Spadł kilkaset metrów przed nami, płonął.
Niezbyt to piękny i optymistyczny sen, gdy się wie, że ukochana osoba leci właśnie w samolocie … I na dodatek wiedziałam, że nie mam jak się z Łukaszem skontaktować, bo jego norweski numer nie chce działać za granicą. Jedyne co mnie uspokajało to świadomość, że ja raczej nie mam żadnych zdolności jasnowidzących i przez całe życie miałam chyba jeden proroczy sen…
Wczoraj wieczorem umówiłam się na zakupy z Panem Kaziem. Maggie natomiast wybierała się na uroczystą mszę do Sióstr Boromeuszek z Chilangi, które obchodziły 40-lecie swojej misji. 

Pan Kaziu wystroił się na nasze zakupy, nim wyruszyliśmy, co by mu się lepiej prowadziło wypiła dwa piwka (to tak na kaca, po wczorajszej imprezie) Gdybym nie wiedziała, że Pan Kaziu jest ostro zaprawiony w boju to pewnie bym się nawet obawiała … Ale gdzie tam ;)
Na pace mieliśmy kilkanaścioro ministrantów z jeszcze innej misji, więc najpierw ich zawieźliśmy,
potem ruszyliśmy na sklepy. Oczywiście chodziło tylko i wyłącznie o sklepy z farbami i artykułami
malarskimi, bo misję dokończenia klasy w Rufunsie wzięłam sobie naprawdę mocno do serca. Kupowanie farb niestety nie jest moją mocną stroną, męża zabrakło a ja się głowiłam co kupić, żeby było tanie i dobre. A tak się niestety chyba nie da … W końcu po poradzie Pana Kazia zdecydowałam się na jeden rodzaj farb i postanowiłam zrobić użytek z tego, że jestem kobietą. Słodki uśmiech do sprzedawcy okazał się w miarę skuteczny. Ale doszło do małego handlu wymiennego:
- Dasz mi swój adres meilowy?
- A dasz mi duży rabat?
Czego to się nie robi dla dzieci. Może nie tylko Łukasz zyskał w Zambii nowego penfrienda … ;)

Po zakupach zaprosiłam Pana Kazia na lunch, bo tak dzielnie ze mną jeździł, a za paliwo nie pozwolił sobie oddać. Lunchu jednak nie chciał, ale piwka nie odmówił ;) I tak przesiedzieliśmy grubo ponad godzinę na pogaduszkach, Pan Kaziu przy piwkach, ja przy kawie. Pan Kaziu jest budowlańcem, przyjechał tu do Zambii na 3-miesięczny wolontariat, a jest już … 10 lat. I tak sobie mieszka na Makeni, co i róż wyjeżdżając na jakieś misje, w zależności, gdzie akurat jest robota. Pan Kaziu przedstawiał mi kuszącą perspektywę przeprowadzenia się do Zambii. Podchodził do sprawy z ekonomicznego punktu widzenia, chwaląc prawnicze wykształcenie Łukasza i roztaczając wizję naszej pracy i życia tutaj jak przysłowiowe pączki w maśle. Mhm… kuszące nawet. Ja nie mam żadnych wieści z pracy odnośnie przedłużenia kontraktu, więc kto wie, może powinnam się poważnie nad tym zastanowić. Łukasz też ciągle szuka miejsca dla siebie… A jak to sam cały czas twierdził, życie lodziarza (czyli właściciela ekskluzywnych lodge) wydaje mu się super fajne… Kto wie, życie pisze przecież różne scenariusze …
Pożegnałam Pana Kazia a sama zostałam w centrum handlowym Mandahill, gdzie popracowałam trochę na komputerze aż do przyjazdu Maggie i Sióstr. Wtedy jeszcze zrobiłyśmy szybkie zakupy na jutrzejszą kolację (będziemy miały gości) i ruszyłyśmy w rozśpiewaną podróż powrotną do Mpanshyi. Samochód się toczył po zambijskiej szosie, a z wnętrza dobiegał chóralny śpiew …

DZIEŃ 28., Emmanulek i smutno mi…




Lusaka, 26.08.2011, piątek 

Dzisiaj od rana humor mi dziwnym trafem nie dopisywał. Sama nie wiem skąd to uczucie, bo przecież 4 tygodnie rozłąki to wcale nie tak długo, już nie raz tak mieliśmy, ale jest mi tak strasznie smutno …
Ksiądz Michał chciał nas odwieźć na lotnisko, ale coś tam niestety nie wypaliło z pożyczeniem samochodu i wzięliśmy taksówkę. Na dodatek doszły nas słuchy o jakichś tam rozróbach w mieście (za miesiąc wybory), więc już nawet postanowiliśmy zrezygnować z zakupów moich ukochanych drewnianych arcydzieł. Nim jednak wyruszyliśmy na lotnisko doszło do bardzo pięknego, wzruszającego spotkania z małym Emmanuelkiem.
Emmanuelka poznałam dwa lata temu, zaraz pierwszego wieczoru po przyjeździe do Mpanshyi. Szłam wtedy na obchód po szpitalu, hospicjum i tam zobaczyłam malutkiego, smutnego chłopczyka z wielkimi oczkami, który patrzył na mnie nieufnie i uciekał, gdy chciałam zrobić mu zdjęcie. Wtedy też poznałam jego dramatyczną historię. Był w hospicjum z mamą, której nie udało się wygrać walki z AIDS, zmarła. 3-letni Emmanuel, również zarażony, został zupełnie sam. Chodził przez kilka tygodni do łóżka, na którym leżała jego mama i szukał jej bezskutecznie. Mama pochodziła z innej części kraju, nie miała tu żadnej rodziny i nie wiadomo było co z malutkim począć. Ponieważ Emmanuelek spędził w hospicjum kilka miesięcy, Maggie pokochała go z całego serca i poważnie rozważała adopcję… Gdy już prawie się zdecydowała, nagle pojawiła się ciocia i wzięła małego do siebie. Choć tęsknota była bolesna, bo mały znów przeprowadził się do innej części kraju, Maggie cieszyła się, że jest z rodziną. Emmanuel został też pierwszym z naszych Darów i jego rodzicem adopcyjnym jest moja Mama…
Kilka miesięcy temu ciocia zadzwoniła i powiedziała, że nie mają pieniędzy i poważnie rozważa oddanie Emmanuela do domu dziecka. Maggie bardzo cierpiała, ale zdecydowała się nie ingerować w sprawy rodziny. Jakiś czas później zadzwonił jego wujek i powiadomił, że mały jest u niego i zaproponował spotkanie. Do którego doszło właśnie dzisiaj, w Lusace.
Maggie bała się jak to wyjdzie, tyle czasu minęło, ale Emmanuelek jak tylko ją zobaczył uśmiechnął się szeroko i padł jej w ramiona. Aż łzy mi się zakręciły w oczach.  Ale to śliczny chłopczyk, cudny. I tak ładnie wygląda, zniknęły krosty i plamy, które jeszcze dwa lata temu miał na całym ciele. Gdyby go ktoś zobaczył ciężko by było uwierzyć, że ten uroczy, zdrowo wyglądający chłopczyk, żyje tylko dzięki lekom… Przyjechał z bardzo młodziutkim wujkiem, chyba kilka lat młodszym ode mnie, który sam bardzo niedawno się ożenił i ma kilkumiesięczne dziecko.  Od tego sympatycznego wujka dowiedzieliśmy się, że mały od początku mieszka z nim i nie było mowy o oddaniu go do domu dziecka. Ciocia wzięła go tylko dlatego, że liczyła na duże finansowe profity. Również wtedy, gdy dzwoniła i kłamała, że odda go do domu dziecka… Ech, za smutne by komentować …
Na szczęście teraz wygląda na to, że jest w dobrych rękach i ma kochającą, dbającą o niego rodzinę.
Po spotkaniu z Emmanuelem pojechaliśmy z Łukaszem na lotnisko. Mieliśmy ostatnią godzinkę dla siebie, a potem musiałam go pożegnać…
Przed przyjazdem tutaj mieliśmy poważne obawy. I Łukasz i ja tak naprawdę również. Zambia, adopcja serca to był mój świat i moje zabawki. Łukasz bał się, że się tu nie odnajdzie i ja również obawiałam się, że podróż która, nie ukrywajmy, była moim pomysłem, go rozczaruje i tak trochę stanie między nami.
Ale tak się nie stało. Łukasz pasuje do Afryki, a Afryka pasuje do niego. Dobrze mi tu z nim było, nawet bardzo. Dzielenie tego wszystkiego z ukochaną osobą nadało temu jeszcze szerszy i inny wymiar… Tak się cieszę, bo widzę, że Łukasz troszkę zauroczył się w Afryce… A to daje nadzieję na to, że to nie jest nasza ostatnia podróż w ten rejon świata. 

I też dlatego tak ciężko było mi samej wracać w taksówce do miasta… Aby odgonić czarne myśli pojechałam do dużego centrum handlowego, z dobrą kafejką internetową z porządnym wireless, gdzie pierwszy raz od kilku tygodni normalnie skorzystałam z Internetu, uzupełniłam bloga …
Nieregularne wpisy na nim nie są bowiem aż tak bardzo winą naszego lenistwa i zaniedbań, jak tragicznie działającego Internetu w Mpanshyi. Raz jest, raz go nie ma, a nawet jak jest to trzeba być naprawdę cierpliwym, by szału nie dostać. Mi się jedna ze skrzynek pocztowych na przykład w ogóle nie otwiera, a zdjęcia z safari załączałam przez trzy dni. Nic więc dziwnego, że spędziłam tam sporo czasu i tuż przed zachodem słońca dotarłam taksówką z powrotem do Makeni. 

Wieczorem zostałyśmy zaproszone na grilla przez Pana Kazia (oj, niezwykle barwna postać), który to był pożegnalną imprezą dla dużej polskiej ekipy (było ich tam chyba z kilkanaście osób) podróżującej przez kilka tygodni po Afryce. Fajnie było pogadać, poznać nowe osoby, ale mimo wszystko nie powiem, żebym była w nastroju …

piątek, 26 sierpnia 2011

DZIEŃ 27., Biały Murzyn.

Tu zrozumiał, że coś trzeba zmienić ...

Pierwsza próba ...


No i: nowy Łukasz!!!


Lusaka, 25.08.2011, czwartek 

Dziś rano opuściliśmy Mpanshye.  Łukasz na dobre – albo lepiej ujmę to inaczej: do następnego razu. Bo Mpanshya to takie miejsce do którego się wraca i nawet Łukasz to czuje. On oczywiście o uczuciach nie mówi, za duży z niego maczo, ale jako jego żona widzę, że to wszystko tutaj: ludzie, rozmowy, przeżycia, ruszyły trochę jego serducho …
Po porannym pożegnaniu z Siostrą Józefą, ruszyliśmy do Lusaki autem wyładowanym po brzegi (doliczyłam się 14 osób), włącznie z zaszlachtowaną świnką na dachu. Zatrzymaliśmy się na Makeni, kolejnej misji prowadzonej przez polską ekipę i gdzie wraz z ministrantami jest również ksiądz Michał! Tam poznaliśmy księdza Krzysztofa, o którym prędzej słyszeliśmy mrożącą krew w żyłach opowieść, gdzie byli złodzieje, karabin maszynowy, krew się lała gęsto, a ksiądz mało nie przypłacił wszystkiego życiem. No i teraz mogliśmy usłyszeć historię ponownie, z ust samego księdza…
Plan na dzisiaj był taki, by kupić jeszcze trochę pamiątek, materiał na sukienkę, powłóczyć się po mieście i zjeść dobry obiad. Tak naprawdę dopiero w trakcie chodzenia po Lusace, Maggie podsunęła super pomysł, który ja poparłam oczywiście całym sercem! Łukasz nie może wrócić do domu bez warkoczyków! Opierał się długo, ale z nas nie takie znowu słabe kobietki, w dodatku dwie na jednego, więc po prostu nie miał jak uciec…
Samo zaplatanie zbyt długo nie potrwało, ale patrząc na Łukasza w trakcie zastanawiałam się tylko kiedy wpłyną papiery rozwodowe. Zapomniałam bowiem o jednym małym szczególe. Warkoczyki są super, ale samo zaplatanie – no cóż, trochę boli. To znaczy trochę boli to mnie, która mam pancerną głowę, natomiast Łukasz jest osobnikiem, który najlżejsze pociągnięcie odczuwa ze zdziesięciokrotnioną siłą. Więc prawda jest taka, że to zaplatanie odczuł niezwykle boleśnie.
Nie odzywał się do nas ani słowem, jedyne co zdołał wykrztusić przez zaciśnięte zęby, to żebyśmy mu  przyniosłypiwo. I wypił dwa, niemalże jednym duszkiem. Takie małe, miejscowe znieczulenie.
No ale chyba warto było tak pocierpieć, bo efekt jest fantastyczny! I kobiety i mężczyźni oglądają się za nim z niemym podziwem na ulicy, zielona koszulka adidasa tylko podkreśla ten jego nowy image. I nawet sam Łukasz, choć się do tego nigdy otwarcie nie przyzna, chodzi dumny i blady i nawet mu się ten jego nowy fryz podoba. Aż się boję co to będzie po samotnym powrocie, jak go ciemnoskóre mieszanki naszego osiedla zobaczą. Nie opędzi się …
Zakupy pamiątek zostawiliśmy sobie na jutro i po bardzo dobrym obiadku ruszyliśmy z powrotem do Makeni.
Tam poznaliśmy kolejnych dwóch księży (pobijamy swe życiowe rekordy) i wieczór upłynął nam miło na podróżniczych opowieściach, wędkarskich przygodach, no i oczywiście jak to być musi, życiu w Afryce. Najdłużej na placu boju został Łukasz z Michałem, bo siebie, która tak co kwadrans na jakiś czas przysypiałam, nie liczę …
I tak minął  ostatni wieczór Łukasza w Afryce. Jest mi tak smutno, że aż boję się pomyśleć o jutrze …

Łukasz: 

Jako człowiek słabego charakteru i typowy pantoflarz po raz kolejny dałem się namówić Agacie na jakieś straszne rzeczy. Tym razem jestem jednak częściowo usprawiedliwiony, gdyż zostałem osaczony także przez Maggie. A więc do rzeczy: usadziły mnie na fotelu szamanki, która zrobiła mi fryza ala Iverson (taki koszykarz z NBA co był znany z tego, że dobrze grał, miał zawsze tegoż fryza i bił żonę), znana też pod nazwami kukurydziane rowki lub też ala totalny kretyn.
No ale stało się. Zostałem prawdziwym białym murzynem. Teraz muszę tylko sprawić sobie konkretny łańcuch i zacząć rapować.
Swoją drogą to pamiętam jak jeszcze w liceum Zbychu zawsze mi mówił: kiedyś musisz zrobić sobie Iversona! Pewnie nawet nie podejrzewał, że jestem tak głupi, że te słowa mogą kiedyś okazać się prorocze.

DZIEŃ 26., Rozstania nadszedł już czas.



Mpanshya, 24.08.2011, środa

No i nastał ten smutny dzień. Ostatni dzień Łukasza w Mpanshyi… Już od rana tak mi jakoś było nieswojo.
Łukasz oczywiście wszedł na rower i popędził do Rufunsy. A ja miałam strasznie miły poranek. Do hospicjum przyszła pewna urocza dziewczynka z naszego programu, którą poznałam już 2 lata temu i pokochałam od pierwszego wejrzenia. Mały radosny promyczek słońca. Przyszła odebrać dwie wielkie paczki od swoich rodziców adopcyjnych z Polski. Patrzeć na jej radość, zdziwienie, słyszeć jej okrzyki radości, przeglądać zawartość wielkich paczuch to była naprawdę olbrzymia radość. Dla niej, jej mamy, ale również dla mnie, która mogłam być świadkiem tego wszystkiego!
 Po tym wyjątkowym spotkaniu  postanowiłam dołączyć do Łukasza w Rufunsie, wiedziałam, że przydadzą im się ręce do pracy, Zosii i Sylwii zleciłam moje zadanie odwiedzenia dzieci i jeden z kierowców Sióstr zawiózł mnie do Rufunsy.
Na miejscu zastałam Łukasza i Dziadka, który wiernie i wytrwale wspomaga Łukasza. Dziadek jest naprawdę wyjątkową osobistością i będzie jedną z barwniejszych i najlepiej zapamiętanych osób z tego wyjazdu…  Zresztą kto wie, może rzeczywiście zostanie Łukasza pen friendem?
Strasznie się cieszę, że tam pojechałam, bo naprawdę było co robić. Łukasz wziął sprawę na tyle poważnie, że zamiast się skupić na szybkim dokończeniu roboty, to szpiegował i Dziadka i mnie i wytykał nam każde złe pociągnięcie pędzla, milimetrowe przekroczenie linii. Perfekcjonista. Razem z Dziadkiem stwierdziliśmy, że doskonale nadaje się na dyrektora. Ba, stwierdziliśmy nawet, że może dalibyśmy radę go przeforsować na prezydenta w następnych wyborach w Zambii?
Mimo tych małych niezgodności udało nam się skończyć, to co było zaplanowane. Wszyscy byliśmy zadowoleni, Dziadek również. I tak się rozochocił, że stwierdził, że dzieło Łukasz trzeba pociągnąć do końca, a Łukasz nam będzie dowodził telepatycznie. Pomyślałam, że namówię Zosię i Sylwię, będziemy miały męskie wsparcie w postaci Dziadka i będziemy walczyć dalej, ale to już w przyszłym tygodniu…
W Mpanshyi czekał na nas pożegnalny wieczór Łukasza. Maggie przygotowała wspaniałe ognisko, były kiełbaski, sałatka owocowa i grecka (a to prawdziwy rarytas tu w Zambii, ksiądz Michał zatroszczył się o składniki). Ale nostalgia wkradła się i wyczuwało się, że to już ostatni taki wieczór. Pół biedy, żebym to ja wyjeżdżała, ale zabraknie naszej „duszy towarzystwa”. Łukasz czuł się tu jak ryba w wodzie, brylował w towarzystwie i po jego ciętych ripostach i komentarzach tłum szalał… Dumna jestem z tego mojego błyskotliwego męża…
A teraz go tu ze mną nie będzie ;((
 
Łukasz:

No i stało się. Nie da już rady dłużej samego siebie oszukiwać. Czas wracać na chatę (cokolwiek to w moim wypadku ma oznaczać). Czas przeleciał jak szalony i właśnie jest moja ostatnia noc w Mpanszy. Z tej okazji wypadałoby zamieścić jakieś łzawe i ambitne podsumowanie, co by Agata się mnie nie czepiała. Ale co mi tam, widmo cichych dni w obliczu miesięcznej rozłąki (chyba, że w ogóle już tu zostanie) nie jest jakieś specjalnie przerażające więc mogę to olać.
Pomijając już nawet mój potężny wkład w ratowanie świata i ludzkości muszę mój mpanszański turnusik podsumować w pełni pozytywnie. A to za sprawą ludzi jakich mogłem tu spotkać. W całej Zambii jest dość mocna polska ekipa misjonarsko-zakonno-światoraująca (gdzie nas nie ma?), ale Mpansia to już właściwie takie trochę zagłębie. I takie długie Polaków rozmowy pośrodku afrykańskiego buszu będę z pewnością długo wspominał.
Ja odrobinkę zmieniłem Pansię, a Pansia odrobinę zmieniła mnie.
Czas więc na oficjalne, misjonarskie pożegnanie zgodne z miejscową etykietą:
Żegnaj Pansio, żegnaj Pansio!!!